NAJLEPSZY PORTAL POLONIJNY

Wybory w Niemczech,

czyli trudno oczekiwać politycznego „odprężenia”

Tomasz MIANOWICZ

     W Reichu tzw. „kampania przedwyborcza” a zatem radio i telewizja zobowiązane są do nadawania wyborczych reklam, stworzonych przez poszczególne partie. Uczestniczy w tym również Radio Klassik. Włączone jest to u mnie często, każdego dnia przez wiele godzin. Do niedawna rozgłośnia nadawała stosunkowo niewiele ideologicznej propagandy, za to sporo muzyki, z pominięciem atonalnej; ostatnio się to jednak zmienia (nie chodzi przy tym o rodzaj muzyki).

     Po kilku tygodniach jestem pewien: Radio Klassik nadaje głównie – jeśli nie wyłącznie – wyborcze „spoty” zielonych, i to z dużą częstotliwością. Nie słyszałem do tej pory reklamy żadnej innej partii a takie zjawisko jest mało prawdopodobne, jeśli rozgłośnia traktowałaby spoty wszystkich partyj tak samo.

     Środki przekazu już od ubiegłego roku budowały medialną pozycję zielonych: mieli być nawet najsilniejszą partią. Łatwo zrozumieć sens tych zabiegów, skoro główną funkcją zglajchszaltowanych mass-mediów jest propagandowe oddziaływanie na odbiorców: zieloni najbardziej ofensywnie forsują rewolucję kulturalną i nową ideologię a przede wszystkim stymulują atmosferę zagrożenia z powodu „ocieplenia klimatu” (już sam termin jest absurdem). Poza tym – jak prawdziwi leniniści – w dążeniu do władzy dopasowali się do „głównego politycznego nurtu”. A kiedyś zaczynali jako partia pacyfistyczna; to był ten najbardziej istotny, typowy dla lewicy element w programie zielonych. Natomiast ochrona środowiska – to w rzeczywistości postulat konserwatywny, i to już od XIX w. (wówczas chodziło o antagonizm pomiędzy naturą a kulturą, przy czym ta ostatnia obejmowała również technikę i jej rozwój). Konserwatystą (i dysydentem w CSU) był przecież inicjator powstania partii „Grüne“ – Herbert Gruhl. Partię szybko przejęli jednak marksiści, logiczne zatem, że z konserwatyzmu nic nie zostało, zaś postulat ochrony środowiska traktowano instrumentalnie, co było najbardziej widoczne w kampanii przeciwko realizacji „podwójnej decyzji” NATO („Anti-Atom” – pod takim tytułem pisałem o tym w „Géopolitique” i w „Midstream” w okresie kulminacji protestów przeciwko dozbrojeniu NATO).

     Gruhl stworzył wówczas ÖDP – Ökologisch-Demokratische Partei, o konserwatywnym profilu, który partia zachowała jeszcze za czasów Klausa Buchnera (profesor fizyki; dzielnie spisywał się jako poseł w Euro-Parlamencie, choć bardzo mu tam utrudniano życie). Teraz ÖDP pod kierunkiem „młodych” coraz bardziej „zielenieje” („ochrona klimatu”, walka z AfD itp. a także żelazo w nosach czy wargach), nie wykluczam zatem, że prędzej czy później dołączy do „Grüne“.

     Ci zaś deklaruję obecnie pełną zgodność z programem Bidena, żądają zaostrzenia kursu wobec Rosji, zbrojenia Ukrainy, interwencji w rejonach, które mogą się wymknąć spod amerykańskiej kurateli, otwarcia granic dla migrantów. Pacyfizm – o jednoznacznie antyamerykańskim obliczu – dobry był w obliczu konfliktu pomiędzy obozem komunistycznym a Zachodem. Teraz, kiedy Rosja odeszła od komunizmu – jest wrogiem, obciążanym przez USA i UE regularnie nowymi sankcjami i to pod różnymi, często groteskowymi, pretekstami. Pamiętam czasy, kiedy niemal modliliśmy się o sankcje Zachodu wobec Związku Sowieckiego. A tymczasem wówczas USA i Kanada ratowały niesprawny komunistyczny ustrój dostawami zboża, polityka détente ułatwiała sowiecką ekspansję , ba – dozbrajano nawet „obóz socjalistyczny”, co szczegółowo opisał Anthony C. Sutton.

     Pacyfizm zielonych nie był zatem „walką o pokój”, tylko realizacją ich prokomunistycznej polityki. Ostateczne odejście od pacyfizmu – to agresja NATO na Jugosławię. Ministrem spraw zagranicznych był wówczas „guru” zielonych – Joseph („Joschka”) Fischer. Propagandowa oprawa wojny była skutecznym połączeniem dezinformacji z medialną manipulacją. Amerykanie mogli wypróbować w realnych warunkach nowe rodzaje broni (m. in. bomby ze zubożonym uranem); podobnie jak później w Iraku i w Afganistanie. Ofiary ataków na obiekty cywilne w Belgradzie nigdy nie uzyskały żadnego odszkodowania. Lektura orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w tej sprawie przyprawia o mdłości i dowodzi, że także w działalności ETPCz, podobnie jak innych „europejskich” instancji sądowych, nierzadko chodzi o realizację celów politycznych, a nie o sprawiedliwość. Podobnie niesmaczne były wywody Federalnego Sądu Konstytucyjnego w Karlsruhe, gdzie rodziny serbskich ofiar też nic nie osiągnęły.

     Teraz wszystkie reprezentowane w Bundestagu partie – oprócz AfD [Alternative für Deutschland = Alternatywa dla Niemiec] – przejęły ideologię globalistów (z genderyzmem, „walką z prawicą”, „klimatyczną” histerią). Trudno się zatem dziwić, że zieloni, promujący tę ideologię w najbardziej ofensywny sposób, stali się jednym z „rozgrywających” na politycznej scenie Niemiec. Gdy weszli pierwszy raz do jednego z krajowych parlamentów (było to chyba w Hesji) w latach 1980-tych, [Franz-Josef] Strauss domagał się delegalizacji partii, jako antykonstytucyjnej. Dzisiaj to zieloni (współ)decydują o tym, co ma uchodzić za konstytucyjne, a co za antykonstytucyjne; już nie tylko nacjonaliści z Narodowodemokratycznej Partii Niemiec – NPD, ale także konserwatyści z AfD a nawet identytaryści objęci są oficjalnie inwigilacją przez niemieckie Urząd Ochrony Konstytucji.

     Co ciekawe (acz rzadko dostrzegane), to fakt, że spośród wszystkich partii niemieckiego establishmentu politycznego właśnie zieloni wykazują najwięcej wspólnych cech z NSDAP: poczynając od europeizmu (książka Johna Laughlanda o jego źródłach powinna być lekturą obwiązującą dla elit politycznych w Polsce), poprzez antykapitalizm (chodzi mi o pierwotne wersje ideologii obu partii, później dogadały się one – z obopólną korzyścią – z finansjerą), wrogość wobec chrześcijaństwa, ze szczególnym uwzględnieniem Kościoła katolickiego, aktywność legislacyjna preferująca zakazy i nakazy, po eugenikę i pewne formy rolnictwa, zwłaszcza „biologisch-dynamisch”: tak uprawiane działki istniały już w obozie koncentracyjnym w Dachau. Pamiętam artykuł ze „Schweizer-Zeit”, którego autor wykazał, opierając się na analizie tekstu, że 70 % jednego z wystąpień „Joschki” Fischera było powtórzeniem przemówienia Goebbelsa.

     Niemiecka kanclerzyca zrealizowała wiele postulatów zielonych: „małżeństwa” homoseksualistów, przymusowy „parytet płci” przy obsadzaniu stanowisk nie tylko w instytucjach państwowych, lecz również w radach nadzorczych prywatnych koncernów, „walka z ociepleniem klimatu”, „ekologiczna” polityka energetyczna, powodująca drastyczny wzrost cen gazu i paliw ciekłych a przede wszystkim nielegalne otwarcie granic dla migrantów w 2015 r. Jeśli zdaniem Merkel było rozłożenie Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej [CDU] (a wiele o tym świadczy), to realizacja planu zasługuje na „piątkę z plusem”. Poza tym kanclerzyca umożliwiła zielonym – jako najsilniejszej partii – objęcie władzy w Badenii-Wirtembergii w koalicji z CDU (w Turyngii pomogła nawet komunistom, pomimo przegranych wyborów, utrzymać władzę).

     Teraz Merkel odchodzi z urzędu kanclerza, co nie oznacza, że zniknie w medialno-politycznym niebycie. Globaliści z pewnością będą jej jeszcze potrzebowali. Już teraz propaganda lansuje slogan „dziękujemy za 24 lata ciężkiej pracy”; wszechobecne plakaty okazują uśmiechniętą Merkel w wersji z wczesnych lat 2000—tych.

     Tak czy inaczej zieloni znów staną się partią współrządząca w Niemczech, zapewne w sojuszu z SPD (i ta partia przeszła w dobie globalizmu daleko idące zmiany i już tylko w nazwie przypomina socjal-demokrację Kurta Schumachera czy nawet Helmuta Schmidta). W wielu dziedzinach „dokręcą śrubę”: z pewnością w polityce wobec Warszawy, aby wreszcie zrealizować „regime change”, będą forsować delegalizację AfD, ograniczenie indywidualnych wolności poprzez redukcję możliwości przemieszczania się własnym samochodem, „new green deal” – co doprowadzi do obniżenia poziomu życia a w konsekwencji wzrostu śmiertelności, no i dalsze propagowanie ideologii gender, multikulturalizmu, napływu do Europy migrantów z obcych kulturowo regionów. Jeden z głównych propagandystów genderyzmu – czołowy polityk zielonych Volker Beck – jeździł jako ideologiczny misjonarz LGBT do Rosji. Tam jednak nacjonaliści spuścili mu łomot. Co prawda nie należy pochwalać takich metod, okazały się ona jednak skuteczne.

     Na zaostrzenie nacisków ze strony Berlina i zdominowanej przez Niemcy Unii Europejskiej, polski rząd jest zupełnie nieprzygotowany. Żenująca bezradność Warszawy wobec akcji brukselskich komisarzy i luksemburskich sędziów, odbierających Polsce resztki legislacyjnej suwerenności, jest niezrozumiała z uwagi na fakt, że niemiecki system prawno-ustrojowy w większym jeszcze stopniu niż polski nie spełnia kryteriów tzw. „wartości europejskich” (brak trójpodziału władzy, niezależnych sędziów, niezawisłej prokuratury). Federalny Sąd Konstytucyjna w Karlsruhe mógł sobie nawet pozwolić na to, aby w wyroku dotyczącym praktyk Europejskiego Banku Centralnego nie podporządkować się orzeczeniu ETS. I nic nie wskazuje na to, aby Komisja Europejska, pod kierownictwem Uschi von der Leyen (nb. uzyskała to stanowisko dzięki poparciu euro-posłów PiSu), zamierzała sankcjonować Berlin za łamanie  „wartości europejskich”.

     Jak się zdaje, wiedza Prezesa rządzącej (jeszcze) partii na temat strategicznych celów globalizmu, ośrodków realnej, a nie nominalnej władzy i instrumentalnej roli EU w odbieraniu suwerenności państwom narodowym, jest dość powierzchowna. Doradcy Prezesa są tak dalece zajęci wojną z Putinem, że nie zdołali dostrzec zagrożeń ze strony Berlina i Brukseli, nawet jeśli te ośrodki oficjalnie wspierają opozycję i agresywnie ingerują w wewnętrzne sprawy Polski. Obecny szef rządu pobierał nauki na zachodnioeuropejskich uniwersytetach, kształcących kadry dla globalistycznej polityki, zaś przy okazji wizyt w Niemczech deklarował pełne poparcie dla celów Unii Europejskiej .

     Nie wykluczone, iż nie tylko ignorancja jest przyczyną bezradności rządu wobec polityki UE. Może liderzy PiSu liczyli na to, że uległością pozyskają niemiecką kanclerzycę i ona zostawi ich u władzy? Tak może myśleć tylko ktoś, kto swą wiedzę o metodach polityki Berlina czerpie z oficjalnych deklaracji rządu RFN i z niemieckiej prasy.

     Z naszej perspektywy trudno zatem oczekiwać politycznego „odprężenia” po wyborach w Niemczech. Polska zmierza do kolejnej narodowej katastrofy i staczanie się w przepaść po „równi pochyłej” (określenie Józefa Mackiewicza) ulegnie przyspieszeniu.

                                                                                         Tomasz MIANOWICZ

Monachium, 21-24 września 2021

Education Template