Rosyjskie „mięso armatnie” szansą Moskwy

Ryszard Czarnecki

Ukraina została w wielkim stopniu odcięta od Morza Czarnego. Niestety, to sukces Rosji, a huczne otrąbianie każdego zestrzelonego rosyjskiego samolotu czy śmigłowca, zniszczonego czołgu czy transportera opancerzonego lub „zlikwidowanego” (trochę to nowomowa…) rosyjskiego generała – nie przesłoni faktu, że choć Moskwa ponosi rzeczywiście zapewne olbrzymie straty w sprzęcie i w ludziach, to posuwa się do przodu. Szczęście w nieszczęściu, że czyni to dużo wolniej, niż być chciała i niż tego oczekiwała. Zapewne też warunki atmosferyczne – słynne na tamtych ziemiach wiosenne roztopy – które już kiedyś paraliżowały działania Niemiec przeciwko Sowietom podczas II wojny światowej, a teraz służyły naszemu wschodniemu sąsiadowi, teraz przestają mu służyć.

Rosja straciła na tej wojnie znaczącą liczbę żołnierzy elitarnych jednostek, zwłaszcza powietrzno-desantowych oraz brygad czołgów. Jednak dysponując blisko 150-milionowym krajem (dokładnie 144 miliony obywateli) ma z czego dobierać. Co z tego, jeśli nowi żołnierze nie będą specjalnie wyszkoleni – przecież Rosji Putina, ta k jak Sowietom Stalina- chodzi o „mięso armatnie”. Związek Sowiecki kiedyś nie zważał na olbrzymie straty żołnierzy w pierwszych miesiącach wojny dotychczasowych sojuszników czyli III Rzeszy Niemieckiej i ZSRS  – tylko chciał wroga zalać swoją żołnierską masą. Mam nieodparte wrażenie, że teraz Federacja Rosyjska – formalno-prawna córka Związku Sowieckiego – chce zastosować wobec Ukrainy identyczną strategię…