Niemieckie przywództwo w Europie? Nie, dziękujemy

Tomasz Teluk

Skompromitowane Niemcy nie ustają w próbach odbudowania swojej roli na Starym Kontynencie. Ostatnie miesiące pokazały jednak, że król jest nagi. Plan ekonomicznego zniewolenia Europy Środkowo-Wschodniej przy wykorzystaniu rosyjskich surowców spalił na panewce. Niemcy okazały się samolubne, krótkowzroczne i bezbronne, a deklaracje kanclerza Scholza czynią z Berlina pośmiewisko Europy.

Czwarta gospodarka świata od czasu odbudowy po planie Marshalla opierała się na prostym schemacie ekonomicznym: taniej sile roboczej, głównie z krajów Trójmorza, oraz tanich surowcach naturalnych importowanych ze Wschodu. Niemcy i Rosja od wieków wspólnie chciały kontrolować Europę od Uralu po Lizbonę. Dlatego trudno określać przypadkiem to, co dzieje się obecnie na Ukrainie.

Skompromitowany lider

„Zachowanie KE (czyli Niemiec) po agresji Rosji na Ukrainę wskazuje, że działania te są uzgodnione z Rosją. Polski opór i wsparcie Ukrainy krzyżują masterplan, jakim było uzależnienie Europy od Niemiec przy użyciu rosyjskiego gazu w zamian za oddanie w łapy Rosji Europy Wschodniej” – napisał na Twitterze Maciej Świrski z Reduty Dobrego Imienia.

Niemcy za wszelką cenę starały się stworzyć europejską utopię. Nie odpowiedziawszy do końca za zbrodnie w czasie II wojny światowej, starały się podporządkować gospodarczo i politycznie państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Stąd nieustanne ataki na Polskę czy Węgry pod rozmaitymi pretekstami – a to kopalni Turów, a to praworządności.

Stawiając się w roli autorytetu moralnego, Berlin nie udźwignął jej w godzinie próby. Odwrócił się plecami od atakowanej Ukrainy, spiskując z Władimirem Putinem. Berlin zgodził się płacić Rosjanom za gaz w rublach. Finalnie Kreml odłączył nawet Nord Stream, a kanclerz Scholz został z niczym. Nie zachował ani cnoty, ani gazu. Obecne władze blokują wszelkie inicjatywy na rzecz Kijowa. Dostarczanie broni ciężkiej, konferencje pokojowe, głębokie sankcje. Chętnie za to widzą się w roli odbudowujących Ukrainę ze zniszczeń wojennych. Zawsze w takich chwilach wychodzi cyniczny pragmatyzm Niemców. Tak naprawdę liczą się tylko interesy.
W Niemczech nie dyskutuje się o mordowanych przez siepaczy Putina dzieciach, rujnowanych miastach, zrównywanych z ziemią szpitalach i szkołach. Niemców interesują tylko rachunki: jak przetrwać zimę, ile będą płacić za gaz, ile będzie wynosiła inflacja, jak bardzo obniży się ich status materialny, czy stać ich będzie na wyjazd na narty do St. Moritz, czy bardziej do Garmisch-Partenkirchen. Nic więc dziwnego, że wielu obywateli irytuje skrajnie nieskuteczny i wycofany Olaf Scholz. Większość rodaków wystawia kanclerzowi ocenę negatywną, a ten próbuje odzyskać twarz kolejnymi absurdalnymi pomysłami.

Wielki plan

Po zjednoczeniu Niemiec w 1990 r. Berlin odzyskiwał swoją hegemonię. Dostał dodatkowy impuls ekonomiczny, a Niemcy stały się trzecim pod względem wielkości państwem Unii Europejskiej z 80 mln obywateli, z których gros stanowili imigranci. Świat cieszył się przejściowym brakiem zagrożenia ze strony rozpadającej się Rosji, a Niemcy zaczęły odgrywać rolę przywódczą w brukselskich instytucjach. Stąd tylko krok do marzeń o powrocie do polityki imperialnej.

Zgoda Berlina na wspólną walutę i politykę fiskalną umacniały władzę ekonomiczną. Niemcy były zwolennikiem zdobywania nowych rynków w Europie Wschodniej poprzez politykę integracyjną. Wszystko odbywało się na mocy rosyjsko-niemieckiego partnerstwa strategicznego, szczególnie w sektorze energetycznym. Korzyści były obopólne. Niemcy miały paliwo do wzrostu gospodarczego, a Rosja – dewizy na zbrojenia. Zwieńczeniem udanej polityki bilateralnej była budowa Gazociągu Północnego i jego kolejnej nitki. W UE najważniejszym partnerem Berlina pozostawała Francja, dzięki której możliwe było wystawienie poza nawias innych państw – w tym Polski.

Angela Merkel postawiła przed Niemcami jeszcze bardziej ambitne cele. Za pomocą polityki klimatycznej Bundesrepublika chciała kontrolować globalny rozwój gospodarczy. Kryzys finansowy lat 2008–2009 pokazał prawdziwą twarz Niemiec, które ratowały Grecję przed bankructwem za pomocą narzędzi typowo kolonialnych.

Niemcy hamowały sankcje na Rosję już po agresji na Ukrainę w 2014 r. Cały czas sprzedawały Moskwie uzbrojenie i nowe technologie. W Rosji inwestowały największe niemieckie firmy. Współpraca energetyczna pomijała państwa Trójmorza i łamała zasadę solidarności europejskiej. Gdy prezydent Donald Trump ostrzegał niemiecką delegację przed zbytnią zależnością od Kremla, ta śmiała się mu w twarz.

Tygrys bez pazurów

Dziś Niemcy obudzili się w nowej rzeczywistości. Władimir Putin odciął ich, mimo uległości i dyspozycyjności Berlina, od tanich surowców. Kanclerz Scholz nie był przygotowany na taką ewentualność i nerwowo zaczął szukać alternatywnych scenariuszy. Głosy o przymusowej solidarności, że należy zmusić kraje europejskie, aby dzieliły się z Niemcami gazem ziemnym, brzmią wyjątkowo ponuro. Zwłaszcza w kontekście wyłączenia elektrowni atomowych, które mogłyby działać jeszcze długie lata.
Okazało się, że Niemcy już nie mają czym straszyć. Polska jest lepiej zabezpieczona na kryzys i prowadziła mądrzejszą politykę, ostrzegając swojego zachodniego sąsiada. Niemcy mogą nam szkodzić tylko politycznie, na forum unijnym – co konsekwentnie czynią. Natomiast w kwestiach bezpieczeństwa są daleko w tyle. Bundeswehra jest w zasadzie bezbronna i stąd wszelkie ucieczki od pomocy Ukrainie.
Ostatnie ustalenia niemieckich dziennikarzy mówią, że z 350 czołgów Puma sprawnych jest mniej niż połowa. Ani jeden okręt podwodny nie nadaje się do podjęcia działań obronnych, a ze 119 haubic działa jedynie 56. Szef Bundeswehry gen. Alfons Mais stwierdził, że uzupełnienie największych braków sprzętowych zajmie od pięciu do ośmiu lat. Dlatego Niemcy nie mają się w zasadzie czym dzielić z Ukrainą czy Polską, bo po prostu sami nie mają się czym bronić.

Tylko nie Niemcy

Wobec powyższego przywództwo Niemiec w tym momencie dziejowym to nie najlepszy pomysł. To Berlin swoją fanatyczną polityką wobec zmian klimatu doprowadził do kryzysu energetycznego na Starym Kontynencie. To Berlin jest pośrednio odpowiedzialny za wybuch wojny na Ukrainie, przez lata dostarczał bowiem Putinowi środki na zbrojenia i prowadzenie agresywnej wobec sąsiadów polityki. To Berlin blokuje twardą politykę wobec rosyjskich zbrodniarzy i żąda ustępstw dla Kremla kosztem Ukrainy.
Powierzenie dowodzenia kulawemu dowódcy musi się skończyć porażką. Plany federalizacji, czyli podporządkowania Niemcom i powierzenia im swojego bezpieczeństwa gospodarczego i politycznego, są dla państw Europy samobójcze. Prawdopodobnie nie da się tego wymusić nawet za pomocą szantażu. Jeśli Niemcy chcą zmian, to będą musiały zacząć od siebie.

Tomasz Teluk

Autor jest założycielem i dyrektorem Instytutu Globalizacji (www.globalizacja.org).