KE dostała „po łapach” od państw członkowskich w sprawie redukcji zużycia gazu

Zbigniew Kuźmiuk

Zaledwie tydzień minęło od opublikowania przez KE projektu rozporządzenia w sprawie skoordynowanej redukcji popytu na gaz, a już wczoraj na posiedzeniu Rady Unii Europejskiej (w tym przypadku ministrów ds. energii 27 krajów członkowskich), projekt miał być przyjęty.

Projekt tego rozporządzenia został pośpieszenie przygotowany przez KE, wtedy kiedy to Niemcy zostały zagrożone odcięciem dostaw gazu przez Rosję, gazociągiem Nord Stream 1. Wprawdzie kilka dni temu dostawy tym gazociągiem zostały wznowione po 10 dniach przerwy ale wg. informacji podawanych w niemieckich mediach, były one realizowane zaledwie na poziomie 40 proc. wydajności tego gazociągu, a od dzisiaj zaledwie 20 proc. wydajności, bo Rosjanie ogłosili konieczność przeglądu technicznego już drugiej turbiny (w wyniku remontu pierwszej turbiny ograniczyli właśnie przepływ gazu do wspomnianych 40 proc. przepustowości gazociągu). Wszystko więc wskazuje na to, że rosyjski szantaż gazowy będzie trwał nadal, mimo że Niemcy zrobiły wszystko czego żądał Putin, płacą za dostarczany gaz w rublach, ba złamały Kanadę, aby ta z kolei złamała sankcje nałożone na Rosję i wydała remontowaną w tym kraju turbinę z gazociągu Nord Stream1, bo po jej zamontowaniu, gazociąg miał już działać pełną mocą.

Projekt rozporządzenia zawierał wiele propozycji KE, ale dwie z nich były najbardziej istotne, przy czym poważnie ingerowały one w kompetencje państw członkowskich, po prostu KE chciała zawłaszczyć kompetencje przysługujące Radzie. Pierwsza, to obligatoryjne przygotowanie przez wszystkie kraje członkowskie planu redukcji zużycia gazu o 15 proc. w okresie od 1 sierpnia 2022 do 31 marca 2023 roku w porównaniu do średniego poziomu zużycia w tym samym okresie w latach 2016-2021. Druga jeszcze dalej idąca, dająca KE możliwość ogłoszenia „unijnego alertu” w przypadku poważnego niedoboru gazu lub wyjątkowo wysokiego zapotrzebowania na gaz, przy czym jego ogłoszenie dawałoby Komisji możliwość wprowadzenia w krajach członkowskich obowiązkowych redukcji zapotrzebowania na gaz. Danie takiego uprawnienia KE, to byłoby wprost łamanie Traktatów, bowiem tego rodzaju kompetencje między innymi „kształtowanie krajowego miksu energetycznego” są przypisane krajom członkowskim, a więc tego rodzaju decyzje mogą być podejmowane na poziomie Rady Europejskiej.

Gwałtowne przyśpieszenie działań KE w sprawie ograniczeń w zużyciu gazu i dzielenia się nim z krajami najbardziej potrzebującymi jak już wspomniałem jest spowodowane przede wszystkim trudną sytuacją Niemiec, bowiem wtedy kiedy Gazprom zakręcał kurek gazowy dla Polski czy Litwy, Komisje stać było tylko na wyrażenie oburzenia. Przypomnijmy tylko, że pod koniec kwietnia w związku z tym, że Polska i Litwa nie zdecydowały się płacić za rosyjski gaz w rublach (tak jak zarządził dekretem Putin), Gazprom łamiąc zawarte kontrakty przestał dostarczać gaz do tych krajów, w maju spotkało to także Bułgarię i Finlandię. KE prawie przez 3 miesiące nie reagowała, szczęśliwie Polska (a także wymienione wyżej kraje), na takie działania Gazpromu przygotowywała się od 7 lat i sobie poradziła, ale KE tą sytuacją specjalnie się nie przejmowała.

Wczoraj ministrowie państw członkowskich ds. energii, pod przewodnictwem Czech, kierujących pracami Rady w tym półroczu, odrzucili jej główne propozycje zawarte w rozporządzeniu. Oszczędności w zużyciu gazu każdy kraj realizuje dobrowolnie, co więcej jest cały powodów, które dają możliwość nie wprowadzania takich oszczędności, a jednym z nich jest wypełnienie magazynów gromadzących zapasy gazu. Polska ponieważ ma magazyny gazowe wypełnione już w 100 proc. już ogłosiła, że takich redukcji w zużyciu gazu nie będzie wprowadzała. Ogłoszenie „unijnego alertu” w przypadku poważnych niedoborów gazu, Rada zostawiła w swoich kompetencjach, będzie to możliwe na wniosek KE albo 5 krajów członkowskich, a żeby zostało ono przyjęte, głosować za nim musi przynajmniej 15 krajów członkowskich, które zamieszkuje co najmniej 65 proc. ludności UE (mniejszość blokująca przynajmniej 4 kraje zamieszkałe przez przynajmniej 35 proc. ludności UE).  

Pani przewodnicząca Ursula von der Leyen i wiceprzewodniczący Franc Timmermans, stojący mocno za tym rozporządzeniem, wczoraj dostali mocno „po łapach” od ministrów ds. energii kilku dużych państw członkowskich.