Leon – zawodowiec na „Czarnym Lądzie”

Ryszard Czarnecki

Kampania prezydencja trwa w najlepsze. Wzrok przykuwają wielkie bilbordy: „KURA KWA. BABA NA MARTHA”. Nie, to nie pijacki sen, to wybory – w Kenii, w której piszę te słowa, choć oczywiście „KURA” i „KWA” może budzić skojarzenia z polską polityką. Jestem tu jako jedyny Polak w 6-osobowej misji europarlamentu, która ma tę elekcję monitorować. Poza mną: Szwedka (choć urodzona w Turcji, w kurdyjskiej rodzinie), Niemiec, Węgier (od Orbana) i dwóch Estończyków, w tym b. szef MSZ tego kraju (sprawował tę funkcję prawie 10 lat – drugi wynik w Europie po ministrze spraw zagranicznych Luksemburga).

Ani moi koledzy z PE, ani miejscowi nie zdają sobie sprawy, że pierwszym szefem centralnego banku Kenii był nasz rodak Leon Barański, absolwent UJ, ale też uniwersytetu w Wiedniu.
Życiorys pana Leona zasługuje na filmowy scenariusz. To właśnie on był jednym z tych, którzy wywieźli z Polski, ratując je przed Niemcami, złoto Banku Polskiego. Potem niechlubną rolę odegrali Francuzi, którzy wbrew umowie ze stroną polską, zawieźli złoto statkiem nie do USA, tylko do… Dakaru, a więc francuskiej kolonii.
Po wojnie Leon Barański z nominacji cesarza Etiopii Hajle Sellasje kierował tamtejszym Bankiem Rozwoju. Potem z ramienia ONZ był doradcą do spraw finansowych władz Indonezji. Kolejne lata organizował Bank Sudanu w Chartumie. Następnie reprezentował Bank Światowy w Ghanie, w końcu z ramienia MFW organizował – na prośbę tamtejszego, już postkolonialnego rządu – narodowy bank Kenii.

Pierwsze kenijskie banknoty, wyprodukowane w Millenium Polski, w 1966 roku, miały jego podpis!
Fascynują mnie polskie ślady na całym świecie. „Cudze chwalicie – swego nie znacie”. Jakże mądre to stare polskie przysłowie.
Jadąc ulicami Nairobi myślę o naszym zapomnianym rodaku, który nie chciał i nie mógł wracać do komunistycznego państwa, a zbudował narodowy bank kluczowego państwa Afryki.