Wszystko wskazuje na to, że jeżeli Tusk wróci do rządzenia, to ze swoimi „fachowcami”

Zbigniew Kuźmiuk

Wczoraj na portalu „Onet.pl”, ukazał się krótki wywiad z ministrem finansów w rządzie Donalda Tuska Janem Vincentem Rostowskim, który na pytanie, czy gdyby po ewentualnym zwycięstwie w wyborach parlamentarnych w 2023 roku, zadzwonił to niego Donald Tusk i zaproponował mu ponownie to stanowisko, odpowiedział z pewnym wahaniem, ale że jednak by się zgodził.Przy okazji ostro skrytykował 7-letnie rządy Prawa i Sprawiedliwości, stwierdził nawet, że „swoja niefrasobliwością, rząd ten narobił tyle szkód, że to naprawdę jest porównywalne z czterdziestoma latami komuny”.

Według niego ratunkiem dla Polski jest natychmiastowe odblokowanie środków z KPO i to stwierdzenie najdobitniej pokazuje jak bardzo ten człowiek jest oderwany od rzeczywistości, bowiem środki te są naprawdę skromną częścią tego co rząd i samorządy wydają rocznie na inwestycje w naszym kraju (tylko w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy rząd przekazał samorządom na inwestycje około 80 mld zł, a więc blisko połowę tego co jest zawarte w KPO na 5 lat).

Może w jednak w najwyższym stopniu niepokoić, powrót do ewentualnego rządzenia w Polsce, takiego fachowca jak Jan Vincent Rostowski, którego fraza „piniędzy nie ma i nie będzie”, wygłoszona tuż po tym jak okazało się, że wybory parlamentarne w 2015 wygrało Prawo i Sprawiedliwość, stała bardzo głośna.

Jeżeli człowiek, który dopuścił do zapaści finanse publiczne, czego wyrazem było podniesienie w 2011 roku stawki VAT o jeden punkt procentowy, a także zabranie z OFE ponad 150 mld zł, aby dług publiczny nie przekroczył konstytucyjnego progu 60% PKB, nie ma sobie nic do zarzucenia i w dalszym ciągu chciałby rządzić finansami, to znaczy, że politycy Platformy przez 7 lat bycia w opozycji, nie wyciągnęli żadnych wniosków z przegranych w 2015 roku wyborów.

Nie ulega bowiem wątpliwości, że jeżeli wyborcy w 2023 roku zdecydowaliby o powrocie Tuska i jego ekipy do władzy, to w finansach publicznych powróci i to na wielką skalę praktyka „prywatyzacji” podatków.

Po 7 latach rządów PiS i po gwałtownym corocznym wzroście dochodów budżetowych, do tego stopnia, że te zaplanowane w 2023 roku, są 2-krotnie wyższe, niż te które udało się zrealizować rządowi PO-PSL, są już twarde dowody, że takie polityczne przyzwolenie na wspomnianą prywatyzację podatków w czasie tamtych rządów jednak było (w 2015 roku dochody budżetowe wyniosły 289,1 mld zł, a na 2023 rok są zaplanowane na poziomie aż 604, 4 mld zł).

Przypomnijmy, że dochody budżetowe w ciągu 7 lat rządów PO-PSL były sumarycznie zaledwie wyższe o 251 mld zł, niż te uzyskane w 2007 roku przez rząd Prawa i Sprawiedliwości (średniorocznie przyrost ten wyniósł tylko 36 mld zł). Natomiast w ciągu 7 lat rządów Prawa i Sprawiedliwości dochody budżetowe są sumarycznie wyższe aż o 1 bilion 132 mld zł, niż te zrealizowane przez rząd PO-PSL w roku 2015 (średnioroczny wzrost dochodów budżetowych wyniósł więc aż 160 mld zł).

Właśnie dzięki wyeliminowaniu „prywatyzacji” podatków przez rząd PiS, na przykład wypływy z VAT, wzrosną aż o 151%, w roku 2015 wyniosły bowiem tylko 123,1 mld zł, a w roku 2023 są zaplanowane na poziomie aż 286,3 mld zł.

To właśnie dzięki temu, rząd Prawa i Sprawiedliwości jest stać na wielkie programy społeczne jak „Rodzina 500 plus”, na który corocznie jest przeznaczane ponad 40 mld zł, znaczący powiększenie środków na ochronę zdrowia, powiększenie wydatków na obronę narodową do ponad 3% PKB, czy wielkie projekty inwestycyjne jak przekop Mierzei Wiślanej czy CPK.

Za rządów Prawa i Sprawiedliwości „pieniądze są i będą”, gdy wróci Tusk i jego fachowiec od finansów Jan Vincent Rostowski „piniędzy nie ma i nie będzie”, i zaprezentowane wyżej twarde dane to potwierdzają.

Co wybiorą Polacy, zobaczymy w wieczór wyborczy jesienią 2023 roku.