Cedr w cieniu krzyża

Ryszard Czarnecki

Pniemy się samochodem w górę, metr po metrze, powoli, w małej kolumnie. Obok przepaść. Nieswojo. Pod górę jeszcze jako tako, ale przecież mamy tędy wracać… Slalom między domkami, ale nie jak ten narciarski w dół – ten jest w górę i to krętą drogą. Wreszcie gdzieś, hen, wysoko lokal wyborczy. Szkoła podstawowa. Oczywiście krzyże na ścianach klas i krzyżyki na szyjach mężów zaufania – głównie zresztą kobiet. Mam cały czas świadomość, że jestem gościem na ziemi, na której chrześcijanie mieszkają od tysiąca kilkuset lat. I tutaj wiara traktowana jest bardzo serio. Tu nasi bracia w wierze nie znają pojęcia „wierzący niepraktykujący”. Albo-albo.

Nagle awaria elektryczności. Miejscowi przyjmują to tak, jakby na chwilę spadł przelotny deszcz. W komisji wszyscy przedstawiciele partii politycznych mówią po francusku, wielu też po angielsku. Nic dziwnego: nad szkolną tablicą liczby od 1 do 10 po francusku, a na niej lekcja francuskiego dla najmłodszych dzieci: krowa – mleko – ser – masło. 

Zderzenie wyborczych kultur

Kabina wyborcza jest raczej kabinką albo czymś na jej kształt. Za to ma napisy w dwóch językach: po arabsku i angielsku („Lebanon Elections”), flagę i godło razy dwa. Mam prawo przeglądać listy wyborcze i to czynię. Proszę o wyjaśnienie, dlaczego przy jednych kandydatach są białe pola, a przy innych ciemne. Okazuje się, że jedni, „biali”, są z tego okręgu – i na nich można głosować – a drudzy, „ciemni”, z innego i na nich oddać głosu nie wolno. Skomplikowane. Po co w takim razie na jednej liście są jedni i drudzy? 

Stock photo of a residential neighborhood with apartment houses and the Abou Ali River in the city of Tripoli in Lebanon, Tripoli is the the second-largest city in Lebanon.

Słyszę, że chrześcijanie wolą francuski, a muzułmanie – angielski. Ale dzieci z chrześcijańskich rodzin i tak błyskawicznie przyswajają mowę Szekspira i Churchilla dzięki telewizji. Trójjęzyczność jest więc dość powszechna, przynajmniej na poziomie komunikacyjnym. 

Miejscowość Amchit (pol. Amszit). Dużo przydrożnych kapliczek. Wrosły w krajobraz, stały się jego częścią. Miasto o swojsko brzmiącej nazwie Barbara. Burmistrz o wyglądzie emerytowanego zapaśnika. W komisji nie ma przedstawiciela islamskich radykałów z Hezbollahu, jak w całym tym chrześcijańskim dystrykcie. Nie mają tu czego szukać. Na wyborach jest tu gra do jednej bramki. A w zasadzie do paru, ale wszystkie są chrześcijańskie. W komisjach i wśród wyborców niemało kobiet z tatuażami. Przed lokalem komisji snują się dwa psy. W pobliżu wiele sklepów ma na szyldach europejskie nazwy czy imiona. 

Miasto Batroun. W centralnym punkcie duży kościół z wysoką dzwonnicą. Grupka kilkuletnich brzdąców wiesza się na sznurze – i rozlega się donośny głos dzwonu. Nie odmawiam dzieciakom – razem dzwonimy donośniej… 

Nasz przewodnik ma na imię Rabin – ale nie jest Żydem. A jego nazwisko często słyszy się w języku arabskim: „Nasr” – to wiosna! Przestrzegają mnie, że Libańczyk, nie tylko chrześcijanin – choć szczególnie on – ale też muzułmanin, obrazi się, jak zostanie nazwany Arabem. Nie – on jest Libańczykiem! Wolę jednak tego nie sprawdzać… 

Chrześcijanie nie marnują głosów 

Miasto Kfaraabida. Na budynku wielki portret kapłana. To ojciec Boulos Feghali. Autorytet miejscowej wspólnoty, teolog, biblista, specjalista od Starego Testamentu, charyzmatyczny przewodnik młodzieży, zmarł całkiem niedawno. To właśnie w tym mieście w walkach z Palestyńczykami przed 1,5 dekady zginęło 14 młodych libańskich chrześcijan. Wszyscy mieli od 16 do 20 lat…

Kolejny lokal wyborczy – i znów w szkole. Nad tablicą flaga narodowa Libanu, a na niej słowa po arabsku i trzy po angielsku: „Jezus is Love”. Do komisji wyborczej przychodzi staruszeczka. Ledwo słyszy. Mówią mi, że urodziła się w roku 1925. Podtrzymywana przez inną starszą – ale nie aż tak! – panią 97-latka powolutku zmierza do urny. Tu nie może zmarnować się ani jeden chrześcijański głos. Znów brzmi to jak metafora…

Kolejna szkoła, kolejne krzyże na ścianach, kolejni uzbrojeni w automaty żołnierze i ponownie długie kolejki wyborców. Spotykam obserwatorów z Unii Frankofońskiej, a za chwilę Francuza, który w Libanie mieszka na stałe i jest w komisji mężem zaufania. Na rogu ulicy widzę nagle flagę Armenii: granatowo-pomarańczowo-czerwoną. To nie jest niespodzianka – przedstawiciele tutejszych Ormian, oczywiście chrześcijan, zasiadają w parlamencie w Bejrucie zgodnie z parytetami. Kolejna staruszeczka – z chodzikiem i wypełnioną kartką wyborczą. Te wybory są ważne, niosą nadzieję na zmianę, być może złudną, są dowodem patriotyzmu biorących w nich udział.

Dwie wiary, dwie demokracje

Czuję zmęczenie. Położyłem się spać przed wpół do drugiej w nocy – wstałem o szóstej. Ale jak tu drzemać w samochodzie, gdy co chwilę widzisz kolejną kapliczkę przy drodze, kolejny… billboard (!) z Chrystusem, Matką Boską czy czczonym tu szczególnie XIX-wiecznym św. Szarbelem (ur. w 1828 r., zm. w Wigilię 1898 r.). Przez wiele dni po śmierci nad jego grobem miała się unosić łuna. Gdy współbracia przybyli w końcu, aby otworzyć trumnę, okazało się, że zwłoki świętego w ogóle nie uległy rozkładowi… Jego wizerunki widać w Bejrucie i małej wiosce, koło muzułmańskiej kawiarni i obok maronickiej świątyni. 

Obiad w Byblos. Niespodziewane zaproszenie do domu trzypokoleniowej libańskiej rodziny. Przy stole paręnaście osób. Większość mówi po angielsku. Profesor matematyki, przedsiębiorca, właściciel pensjonatu, urzędniczka międzynarodowej organizacji, finalistka konkursu Miss Libanu. Prawie wszyscy za formacją Siły Libańskie, bardzo przeciw Hezbollahowi. Jedna z kobiet mówi: „Nie Bejrut, a Byblos to prawdziwy Liban”. Jemy kaftę – mielone mięso wołowe z cebulą i pietruszką. Grono bardzo rozpolitykowane. Słyszę, że prawdziwa demokracja jest tylko na terenach zamieszkałych przez chrześcijan: nikt nie wywiera presji, jak mają głosować. Inaczej niż na terenach szyitów, gdzie przymusza się muzułmanów nie tylko, żeby nie startowali z list innych niż Hezbollah, ale wprost mówi się, jak mają głosować całe rodziny. U chrześcijan rodziny nieraz są podzielone…

Wreszcie – jako koordynator Komisji Kontroli Budżetu europarlamentu – znajduję ślad pieniędzy z UE: Bruksela finansuje tu budowę kanalizacji! Ale jako historykowi bardziej imponuje mi to, że niemal w każdych 5 mkw. widać tutaj historię. Oglądam – w czyimś ogrodzie, a nie w żadnym tam muzeum – fenicki sarkofag z III tysiąclecia przed Chrystusem, odnaleziony przypadkiem przy budowie domu. Oglądam amforę rzymską z II w. po narodzeniu Chrystusa. O takich znaleziskach należy informować władze, ale i tak ich nie zabiorą: mają ich pod dostatkiem. Pod tym względem Liban jest szczęśliwym krajem.

Kraj emigrantów 

Sławna restauracja Chez Pepe w Byblos nad samym brzegiem morza. Droższa niż knajpy w 5-gwiazdkowych fotelach w Bejrucie. Szklanka piwa kosztuje tu 5 dol. Specjalność: owoce morza i szczególni goście. Tu jedli prezydent Francji ­Jacques Chirac i premier François Fillon, Brigitte Bardot i zespół Scorpions. 

Liban to kraj olbrzymiej, od dziesięcioleci, emigracji. Do Europy, do krajów Zatoki Perskiej, obu Ameryk. Emigranci przyjeżdżają później na paromiesięczne wakacje latem albo krótsze, w okresie Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku. I zostawiają bezcenną – w sytuacji zapaści gospodarczej kraju – kasę. Jednak pomagają także ci, których nie stać na przyjazd do ojczyzny albo przyjechać nie mogą. Na obiedzie w Byblos poznaję kobietę, której jedynym źródłem utrzymania jest 100 dol. przysyłanych co miesiąc przez brata z Kanady. To równowartość więcej niż 120 tys. funtów libańskich.

Pijąc libańskie słodkie, czerwone wino domowej roboty rozmyślam o tym kraju paradoksów. Mają tu ciężki kryzys, ale każda średniozamożna rodzina ma dwa domy i zwykle co najmniej dwa samochody. Państwem rządzą sami mężczyźni, ale kobiety, zwłaszcza z chrześcijańskich rodzin, są bardzo wykształcone, często mają po kilka fakultetów. Kiedy ruszą ławą do polityki?