Malgaskie boisko wielkich tego świata

Ryszard Czarnecki

Dwa dni po śmierci Vangelisa lecę z Europy hen, aż na zachodnie połacie Oceanu Indyjskiego, za południowo-wschodnie wybrzeże Afryki, na czwartą co do wielkości wyspę świata: Madagaskar. Lecimy nad kontynentem afrykańskim, a ja w słuchawkach kontempluję Vangelisowe „Origins” z albumu „Rosetta”. Czas, żeby zagłębić się w historię i współczesność kraju, który jest spektakularnym przykładem ingerencji Rosji jakże daleko od jej granic. 

BBC już w 2019 r. informowało o swoim dziennikarskim śledztwie w sprawie oferowania przez Rosjan pieniędzy na kampanię wyborczą… co najmniej sześciu (!) kandydatom na prezydenta Madagaskaru. Słucham „Sunlight” Vangelisa i myślę o Moskwie i jej ambicjach bycia globalnym imperium. 

Cień Rosji na „końcu świata”

W tym roku „France 24” mówi o „geopolitycznych ambicjach Rosji w Afryce” i przypomina działalność rosyjskich „prywatnych struktur militarnych”, często określanych jako Grupa Wagnera. A amerykańscy eksperci z Center for Strategic and International Studies (CSIS) z Waszyngtonu idą dalej, pokazując aktywność Rosji w ostatnich sześciu (sic!) latach w: Sudanie, Sudanie Południowym, Libii, Republice Środkowej Afryki (RSA), Madagaskarze i Mozambiku. Jest o czym myśleć. Moskwa, jak zawsze, gra na kilku geopolitycznych fortepianach.

Pamiętam jeszcze na początku tej kadencji Parlamentu Europejskiego – jesień 2019 r. – dyskusję na komisji PE zajmującej się w szczególny sposób Afryką (komisja rozwoju) i nagłe przebudzenie deputowanego z Belgii, oburzonego niespodziewanym dla niego i jego rządu wzrostem rosyjskich inwestycji ekonomicznych w Afryce. Dla belgijskiego liberała nie było szczególnym problemem oderwanie przez Moskwę kawałka Gruzji czy Ukrainy, ale wkroczenie w tradycyjną strefę wpływów w Afryce państw kolonialnych, takich jak Belgia właśnie czy Francja, wywołało święte oburzenie: „jak mogli!”. Identycznie reagowali Francuzi na aktywność wagnerowców w dawnych koloniach francuskich – i to już wiele miesięcy przed napaścią Rosji na Ukrainę. 

Wpływy francuskie i… polskie

Madagaskar uzyskał niepodległość od Francji przed 62 laty. Od tego czasu były tam cztery zamachy stanu. Ale to nie Francuzi dotarli tu jako pierwsi Europejczycy – w XVI w. byli nimi Portugalczycy, którzy traktowali wyspę jako przystanek w drodze do Indii. Od XVII w. królowała tu Francja, która wygrała rywalizację z Anglią. Dziś, jak to pokazałem wcześniej, kraj mający dewizę „Ojczyzna, Wolność, Postęp” jest boiskiem, na którym wielcy gracze walczą o wpływy.

Z Europy na Madagaskar najprościej dostać się z Paryża liniami Air France. Można też wybrać drogę z przesiadką w Etiopii – wtedy ze Starego Kontynentu leci się Ethiopian Airlines do Addis Abeby, a stąd również EA – uważanymi za najlepsze linie lotnicze Afryki – już bezpośrednio do stolicy Madagaskaru, Antananarywy. 

Wybieram połączenie Warszawa–Paryż–Madagaskar. Z lotniska Charlesa de Gaulle’a lecę 11 godzin – to jeden z moich najdłuższych lotów.

Najpierw nad Afryką Północną i Egiptem. Pod nami Pustynia Nubijska, Sudan, Etiopia, po prawej Kenia, a dalej Tanzania. 

W Antananarywie wita mnie idealna pogoda: nie jest za gorąco jak w większości państw Afryki, nie jest parno, jest w sam raz. Przejazd nocą z lotniska do centrum – blisko. Rano, gdy wyruszam na miasto, widzę, że jakaś ekipa kręci film w naszym hotelu. Słyszę, jak aktor trzymający za rękę aktorkę, Azjatkę mówi do mnie czystą polszczyzną: „dzień dobry!”. Miło słyszeć polską mowę na końcu świata. Grzecznie odpowiadam w języku ojczystym, na co słyszę: „Znam pana tylko z telewizji”. Nasi są wszędzie…

Chrześcijańscy męczennicy i gospodarcze osobliwości 

Wyprawa po Antananarywie. Młoda apatyczna żebraczka ze śpiącym parolatkiem. Wszędzie żebrzące dzieci. I kontrast: restauracja włoska, restauracja francuska, Irish pub – tu przychodzą nie tylko cudzoziemcy, także miejscowe elity. Na ulicach bardzo wiele motocykli. Szyld: „Agencja Pogrzebowa Madagaskaru” (sic!). 

Intensywny spacer w górę. Chrześcijański kościół – część narodowego dziedzictwa tego kraju, zbudowany w 1867 r.: upamiętnienie naszych braci w wierze zamordowanych w 1849 r. Dla miejscowych władz byli oni wtedy przykładem „zewnętrznej ingerencji” w wewnętrzne sprawy Madagaskaru. Ludzie tłumnie wychodzą z niedzielnej mszy. Wszyscy są w maskach. Tutaj zaraza zebrała spore śmiertelne żniwo. Także wśród polskich kapłanów. Czytam napisy na przykościelnych nagrobkach. James Hestie, zmarły w 1830 r., negocjował zniesienie niewolnictwa na wyspie, a był, jak to określono, „agentem rządu brytyjskiego”. 

W środku świątyni jeszcze spotkanie laikatu i kapłanów. Po obu stronach schodków za ogrodzeniem dzieciaki żebrzą. Jedno z nich płacze. Żebractwo wydaje się tu być ważną gałęzią gospodarki narodowej i jest chyba nieźle zorganizowane. Specyficznym elementem rzeczywistości gospodarczej jest też to, że tylko 15 proc. mieszkańców Madagaskaru ma dostęp do elektryczności. Tak twierdzą miejscowi. W miastach z elektryczności ma szczęście korzystać „aż” połowa mieszkańców. Jednak na wsi tylko co 20. mieszkaniec.

Ostrzegają mnie przed grasującymi tu powszechnie w centrum kieszonkowcami. Portfel z tylnej kieszeni mam przełożyć do przedniej. To nie tylko problem stolicy. W całym kraju grasują bandyci kradnący – na zamówienie, w zorganizowany sposób – bydło. Moi rozmówcy narzekają na upadek „etyki zawodowej” rzezimieszków: kiedyś zabierali tylko bydło, teraz napadają wszystkich i zabierają wszystko.

Malgaska pralnia nad chińskim stadionem

Na pobliskim podwórku dorośli z przejęciem grają w domino. Obserwuję funkcjonowanie publicznej ręcznej (!) pralni. Kamienna konstrukcja, szereg stanowisk pracy, plastikowe balie. Pracują tu głównie kobiety, jest jeden mężczyzna; pranie jest z całej okolicy, wyżymanie, wieszanie na dziesiątkach specjalnych palików, linek, balustrad wokół tej specyficznej pralni.

Pralnia rodem z minionej epoki góruje nad bardzo nowoczesnym stadionem piłkarskim, pobudowanym na zamówienie władz przez Chińczyków przed dwoma laty, na fali narodowego entuzjazmu po sensacyjnym awansie Madagaskaru do ćwierćfinału Pucharu Afryki, czyli mistrzostw kontynentu. A to historyczne miejsca: tu, na południu dzisiejszej aglomeracji w XVII w. powstała obecna stolica z pałacem królowej i osobnym (!) króla. Teraz mieszkają tu 3 mln ludzi, a system monarchiczny dobrze ponad wiek temu zlikwidowali kolonizatorzy z Francji. Ci się nie patyczkowali…
Spojrzenie daleko w dół na sztuczne jezioro Anosy, utworzone w 1833 r. I spojrzenie na mojego przewodnika – jest w koszuli z długim rękawem, kurtce i jeszcze na dodatek w kamizelce. Ja w T-shircie. Upał mocny, południe, jeszcze sporo chodzimy. Ja ociekam potem – w przeciwieństwie do niego.

Uliczne migawki 

Patrzę na wielki pomnik upamiętniający niepodległościowe powstanie z 1947 r. Madagaskar uzyskał niepodległość 13 lat później, ale wpływy francuskie są tu nadal olbrzymie. Air France były jedyną linią europejską, która tu latała w czasie pandemii COVID-19. I wciąż jest jedyną – to przykład jeden z wielu. 

Mijam siostrę zakonną w habicie. To normalny tutaj widok. Sporo dorosłych i dzieci ma na szyi krzyżyki. Widzę coś, co imituje postój taksówek. A na nim obdrapany renault 4, chyba z lat 60. Dwóch mężczyzn paraduje w stolicy z ciężkimi workami na głowach – widok powszechny, ale raczej na afrykańskiej prowincji. Kobieta siedzi na ulicy i karmi dziecko piersią. Ludzie przechodzą tuż obok. Patrzę na malgaskie napisy: „polisy”, czyli „policja”. Albo „ommissariat”, czyli nasz „komisariat”. Cóż, Polacy czują się tu dobrze także ze względów językowych…

Ruch uliczny jest tu specyficzny. Gdy na głównej ulicy Antananarywy wprowadzono sygnalizację świetlną, nagle bardzo wzrosła liczba wypadków! Ludzie tu są przyzwyczajeni do kierujących ruchem policjantów. Przechodzę przez pasy, jestem w połowie, ale tuż przede mną śmiga samochód. Auto jest tu ważniejsze niż pieszy. Przechodzień jest jak jednostka w wierszu komunisty Majakowskiego – „zerem”…