Stara miłość nie rdzewieje

Ryszard Czarnecki

Zmieniają się czasy, ustroje, kanclerze, nawet kształt terytorialny naszego zachodniego sąsiada – tylko niemiecka Ostpolitik wydaje się niezmienna i to niezależnie od tego, czy stolica jest w Bonn czy w Berlinie. Zmienia się też Rosja – ale czy jest to carska biała Rosja, czy sowiecka czerwona, czy postkomunistyczna Federacja Rosyjska Putina, zajmuje ona specjalne miejsce w polityce Berlina. I na odwrót.

Dlaczego tak się dzieje? Przede wszystkim z dwóch powodów. Pierwszy wynika z historii. Drugi to przekonanie, że wielkie państwa z definicji powinny dogadywać się ponad głowami państw mniejszych i dyktować pewien ład, a inni muszą się w nim odnaleźć.

Niemcy w służbie Rosji

Caryca Katarzyna II, należąca do najwybitniejszych, choć jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych władców Rosji, była Niemką i urodziła się w Szczecinie jako Zofia Fryderyka Augusta von Anhalt-Zerbst. Losy carycy Katarzyny to jeden z bardzo wielu przykładów służby Niemców państwu rosyjskiemu, którzy w XVIII i XIX w. zostawali często generałami czy gubernatorami. Służyli państwu rosyjskiemu, ale nie zapominali o korzeniach. Wrogiem Rosji był Napoleon i Polacy, a nie Prusacy.

Czy połączenie niemieckości z rosyjską państwowością przekuwało się w programowy antypolonizm? Tak miała mówić o Polakach swojemu ministrowi spraw zagranicznych Nikicie Paninowi caryca Katarzyna: „Trzeba rozłożyć ten naród od wewnątrz, zabić jego moralność. Jeśli nie da się uczynić zeń trupa, należy przynajmniej sprawić, żeby był jako chory ropiejący i gnijący w łożu… Trzeba mu wszczepić zarazę, wywołać dziedziczny trąd, wieczną anarchię i niezgodę… Trzeba nauczyć brata donoszenia na brata, a syna skakania do gardła ojcu. Trzeba ich skłócić tak, aby się podzielili i szarpali, zawsze gdzieś szukając arbitra”.

Niemka, która rządziła Rosją, doprowadziła do trzech rozbiorów Polski, choć przecież miała nie tylko romans z polskim dyplomatą, późniejszym królem Stanisławem Augustem, lecz także miała z nim dziecko, córkę Annę Piotrownę, oficjalnie uznaną przez męża Katarzyny cara Piotra III (sprawa ta była tajemnicą poliszynela, a sam car był tak wściekły, że chciał rozstrzygnięcia sprawy przez tzw. Tajną Kancelarię).

W znakomitym brytyjskim filmie fabularnym „Ostatni carowie” o końcu dynastii Romanowów pokazana jest prawdziwa scena, gdy żona ostatniego cara Rosji Mikołaja Romanowa – Aleksandra Romanowa, czyli Wiktoria Alicja Helena Ludwika Beatrycze z Hesji-Darmstadt, też Niemka – w 1914 r. błaga męża, aby nie szedł na wojnę z Niemcami. Uważała, że będzie to nie tylko jej osobiste nieszczęście, ale też dramat dla obu państw. Nawet słynny Rasputin chciał odwieść cara od tego zamiaru. Rosyjscy władcy urodzeni w Niemczech pozostawali w jakiejś mierze lojalni wobec swojej pierwszej ojczyzny.

Nowe czasy – stary ład

Za czasów Niemieckiej Republiki Federalnej, przekształconej później w Republikę Federalną Niemiec, i współistnienia dwóch państw niemieckich należących do dwóch różnych bloków politycznych osią polityki Bonn było takie ułożenie stosunków ze Związkiem Sowieckim, aby zagwarantować Moskwie, że zachodnie Niemcy − mimo posiadania amerykańskich baz wojskowych jako efektu amerykańskiej okupacji państwa niemieckiego po II wojnie światowej – nie będą kartą w talii geopolitycznej Waszyngtonu.

Wbrew stereotypowi nie tylko socjaldemokraci, choć akurat oni obnosili się z tym szczególnie, jak Willi Brandt i Helmut Schmidt (poznałem go zresztą po latach w Hamburgu na konferencji, na której występowałem jako minister polskiego rządu), lecz także chadecy z CDU i CSU realizowali politykę specjalnych relacji z Moskwą. Dalekie one były od cold war, a bliskie appeasementowi w stylu polityki premiera jej królewskiej mości Neville’a Chamberlaina wobec Niemiec pod koniec lat 30. Była to polityka przemyślana, bo dzięki temu na przykład tzw. Niemcy nadwołżańscy, niemiecka mniejszość w ZSRS, Niemcy w Kazachstanie mieli własne szkoły, a ich dzieci mogły uczyć się języka ojczystego – w przeciwieństwie do Polaków.

Bonn uzyskiwał w ten sposób także liberalizację w relacjach z drugim, komunistycznym państwem niemieckim – NRD, które gwarantowało, choćby częściowo, tzw. akcję łączenia rodzin, czyli zgodę na bardzo ograniczoną czy selektywną, ale jednak emigrację do RFN, ale już nie gwarantowało uniknięcia szpiegowania przez czerwony Berlin kapitalistycznego Bonn. Dalekosiężnym celem politycznym elit NRF/RFN było oczywiście zjednoczenie obu państw niemieckich. Udało się to jednak nie dzięki miękkiej Ostpolitik, lecz zimnowojennemu narzuceniu wyścigu zbrojeń sowieckiej Rosji przez USA.

Po upadku komunizmu licząca 150 mln ludzi, a więc dysponująca kolosalnym rynkiem zbytu, postsowiecka Federacja Rosyjska była wielką szansą dla niemieckiej gospodarki. Berlin tę szansę wykorzystał dzięki zapewnieniu sobie specjalnych stosunków z Kremlem. Najpierw był beneficjentem bezhołowia, słabości państwa rosyjskiego za czasów Borysa Jelcyna, a potem faktu, że z Putinem można było rozmawiać po niemiecku.

Polityka Niemiec wpisywała się w dużej mierze w politykę Rosji. Moskwa w ostatnich trzydziestu latach niespecjalnie chciała negocjować z Unią Europejską, która zastąpiła EWG: wolała rozmawiać dwustronnie z największymi państwami Europy Zachodniej, w pierwszej kolejności z Niemcami i Francją. „Wielcy” i „duzi” zakładali, przez lata skutecznie, że trzeba stworzyć taki europejski balance of power, aby zagwarantować interesy przede wszystkim Moskwy, Berlina i Paryża.

Byli, są i będą razem?

Charakterystyczne, że politykę bliskich relacji Moskwy i Berlina kontynuowano nawet po lutym 2014 r., gdy Rosja zabrała Ukrainie Krym, a faktycznie też Donieck i Ługańsk. Wprowadzono sankcje niekonsekwentne, niesięgające głęboko, nie podjęto w ogóle sprawy wyłączenia Rosji z systemu SWIFT. Co pół roku Rada Europejska z Niemcami na czele jednogłośnie przedłużała sankcje wobec Federacji Rosyjskiej, ale był to swoisty teatr, bo za jego kulisami Berlin budował z Moskwą Nord Stream oraz neutralizował Ukrainę wraz z Francją w nieszczęsnym formacie normandzkim, który tak naprawdę posłużył Rosji do przygotowania się do wojny.

Charakterystyczne, że w tym czasie Niemcy wraz z Francją, a także z Włochami zablokowały w 2008 r. polsko-amerykańską inicjatywę, aby na szczycie w Bukareszcie przedstawić road map dla akcesji Gruzji do Paktu Północnoatlantyckiego. Niemcy umiejętnie grały kartą praw człowieka, aby postawić pod pręgierz państwa postsowieckie, które chciały wyrwać się spod kurateli Rosji lub przynajmniej zmniejszyć od niej zależność, jak Ukraina czy Azerbejdżan, a potem Kazachstan. W ten sposób Berlin de facto gwarantował Moskwie status quo i utrzymanie wpływów. Nawet teraz polityka ta kontynuowana jest w kontekście Gruzji i niedopuszczenia do przyznania jej statusu kandydata do UE.

Ten ostatni przykład pokazuje, że wbrew niektórym analizom Ostpolitik nie umarła 24 lutego 2022 r., lecz zmieniła nieco kształt. Cały czas chodzi o to samo. Można to podsumować słowami autora komedii Mikołaja Gogola, pisarza rosyjskiego, choć urodzonego w polskiej rodzinie legitymującej się herbem Jastrzębiec, jako Mikołaj Janowski, który pisał: „Stare jeszcze nie umarło, nowe jeszcze się nie urodziło, ale jedno i drugie zagraża żyjącym”…