Trzecia kobieta premierem Wielkiej Brytanii?

Ryszard Czarnecki

To był najlepszy prezent na jej 45. urodziny – minister spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej Liz Truss niespodziewanie pokonała o 8 głosów swoją starszą o dwa lata koleżankę z rządu, wiceminister handlu międzynarodowego Penny Mordaunt, w głosowaniu decydującym o wyborze lidera rządzących konserwatystów i ma już otwartą prostą drogę do stanowiska premiera Jej Królewskiej Mości. Ktoś może przecierać oczy ze zdumienia: przecież potencjalna następczyni Margaret Thatcher i Theresy May uległa aż o 24 głosy zwycięzcy ostatniej tury prawyborów Rishiemu Sunakowi!

Czemu zatem odtrąbiłem jej triumf półtora miesiąca przed zakończeniem głosowania wśród 200 tys. członków partii torysów? To proste: szeregowi konserwatyści, inaczej niż partyjna elita skupiona w klubie parlamentarnym rządzącej formacji, na pewno nie wybiorą Rishiego Sunaka. A torysi to partia równie stara, jak demokratyczna – jej lidera, a jednocześnie szefa rządu, wybierają w korespondencyjnym głosowaniu zwykli, płacący składki członkowie. Mają jednak do wyboru dwóch kandydatów wskazanych przez parlamentarzystów.

Johnson wskazuje, na kogo nie głosować

Oboje kandydaci na nowego lokatora Downing Street 10 skończyli Oxford i oboje mają ekonomiczne wykształcenie. Mrs Truss jest starsza od swojego rywala o 5 lat (swoją drogą, jutro, 26 lipca, ma urodziny) i o tyleż dłuższy od niego staż w House of Commons, czyli izbie niższej brytyjskiego parlamentu. Przede wszystkim była jednak już ministrem w pięciu resortach u trzech premierów: Davida Camerona, Theresy May i Borisa Johnsona. Ten ostatni nie wprost, ale jednak faworyzuje obecną szefową FCO (Foreign and Commonwealth Office, co jest czytelnym podkreśleniem znaczenia, jakie Londyn przywiązuje do Wspólnoty Brytyjskiej, tym bardziej po brexicie).

W swoim ostatnim wystąpieniu przed Izbą Gmin, w tradycyjnej formule „pytań do szefa rządu”, dając swemu przyszłemu następcy lub następczyni (whoever, he or she may be) rady, Johnson stwierdził: „Trzymaj się Amerykanów, broń Ukraińców, broń wolności i demokracji. Obniżaj podatki i gdzie tylko się da ograniczaj ingerowanie państwa w gospodarkę”. Przy okazji poczynił czytelną aluzję do Sunaka, byłego już ministra finansów. „Kocham ministerstwo finansów – mówił ustępujący premier – ale pamiętaj, gdybyśmy zawsze go słuchali, nigdy byśmy nie zbudowali autostrady M-25 i tunelu pod Kanałem”.

Była to zemsta na Rishim Sunaku, jednym z najbliższych sojuszników i współpracowników Borisa Johnsona, który ostatecznie wbił nóż w plecy swojemu pryncypałowi. Jego zdrada zdecydowała, że charyzmatyczny, choć kontrowersyjny były burmistrz Londynu i eksminister spraw zagranicznych (a więc poprzednik Liz Truss na tym stanowisku) stracił urząd.

Skąd moja pewność, że to Truss zostanie nowym premierem kraju, który podobnie jak Polska definiuje zagrożenie ze strony Rosji? Sondaże są jednoznaczne: w partyjnym głosowaniu szefowa MSZ ma przewagę nad swoim konkurentem aż o 18 proc.! Nawet gdyby wszyscy niezdecydowani zagłosowali za Sunakiem, to i tak nie przeważyłoby to szali na rzecz byłego ministra finansów; niezdecydowanych jest bowiem tylko (aż?) 12 proc.

Nie wolno głośno mówić, ale…

Co decyduje, że w tym wyścigu zdecydowanym faworytem, ba, w zasadzie pewnym premierem wydaje się Mrs Truss, a nie Mr Sunak? Można mówić, że kobiecie będzie łatwiej walczyć z liderem opozycyjnej Partii Pracy, Keithem Starmerem. Jednak sondaże temu przeczą: minister spraw zagranicznych ma większą stratę do lidera labourzystów (14 proc.) niż eksminister finansów (11 proc.). Torysi powinni bić na alarm: przegrywają bowiem wybory na razie w sondażach – z lewicą w każdej konfiguracji, obojętne, kto będzie ich liderem. Jeśli zatem Liz Truss ma mniejszą szansę pokonać przywódcę Labour Party niż jej rywal, to dlaczego właśnie ona ma poprowadzić konserwatystów do boju?

Z całą pewnością ma ona większe doświadczenie polityczne – rządowe i parlamentarne – niż Sunak. Była ministrem środowiska i wsi, kanclerzem skarbu, ministrem handlu międzynarodowego, ministrem ds. kobiet i równości, wreszcie objęła prestiżową tekę szefa MSZ. Jej rywal przy niej jest jak ubogi krewny; choć bycie ministrem finansów w każdym rządzie jest bardzo prestiżowe.

Mary Elizabeth Truss, urodzona w Oksfordzie, absolwentka najbardziej prestiżowej uczelni w Europie tamże, jest też bardziej zahartowana w bojach niż Rishi Sunak: najpierw dwukrotnie startowała do Izby Gmin bez powodzenia, ale pokazała odporność na ciosy i jest posłem już trzecią kadencję. Co ciekawe, jej oboje rodzice mają zdecydowanie lewicowe poglądy – sama je scharakteryzowała następująco: „Są na lewo od Partii Pracy”; i tylko matka wspierała jej kampanię wyborczą do parlamentu z ramienia Partii Konserwatywnej, do której przeszła w 1996 r., opuściwszy szeregi Liberalnych Demokratów.

Jednak wydaje się, że jest jeszcze jeden powód, o którym nikt głośno nie mówi, ale może być istotny dla niemałej części głosujących członków Partii Konserwatywnej. Rishi Sunak urodził się w Southampton, ale jego rodzice pochodzą z Kenii (ojciec) i Tanzanii, a ściślej z jej kontynentalnej części – Tanganiki (matka). Brytyjczycy mają burmistrza Londynu o pakistańskich korzeniach (Sadiq Khan), wielu ich ministrów i parlamentarzystów to ludzie, których rodziny (lub w mniejszym stopniu oni sami) przybyły na Wyspy Brytyjskie z Indii, Pakistanu, Bangladeszu, Sri Lanki, Iraku czy Afryki. Jednak ogół członków rządzącej formacji nie jest wciąż skłonny powierzyć stanowisko premiera Jej Królewskiej Mości Brytyjczykowi o korzeniach sięgających innych kontynentów. Zapewne to kwestia czasu, być może nawet dość krótkiego. Jednak to nie jest jeszcze ten moment, to jeszcze nie ten „obrót ciała niebieskiego”, mówiąc Mikołajem Kopernikiem.

Z polskiego punktu widzenia

Spośród ośmiu kandydatów, którzy wystartowali w prawyborach na lidera torysów, tylko jeden nie był zwolennikiem brexitu – i bardzo szybko odpadł. Pozostali to brexiterzy. Ta sprawa na pewno nie różni Liz Truss i Rishiego Sunaka.

Nie ma też między nimi specjalnych różnic w sprawach polityki zagranicznej. Po doświadczeniach z tajemniczymi zgonami rosyjskich oligarchów na terenie Zjednoczonego Królestwa, zamordowaniu Aleksandra Litwinienki, próbie zgładzenia kolejnego rosyjskiego eks­agenta Siergieja Skripala i jego córki, zawłaszczeniu majątku British Petroleum na terenie Rosji przez władzę w Moskwie brytyjscy politycy mają do Kremla i Putina stosunek bardzo zbliżony do tego, jaki wykazują Polska i kraje bałtyckie.

Uważam wszakże, że z polskiego punktu widzenia zapewne lepiej, aby szefem rządu w Londynie została osoba, która ma doświadczenie w polityce międzynarodowej i wielokrotnie publicznie potępiała Rosję. Taką osobą jest minister spraw zagranicznych rządu Jej Królewskiej Mości Liz Truss. I niemal na pewno ona 5 września wkroczy do siedziby premiera na Downing Street 10. Zadecyduje o tym swoista „demokracja bezpośrednia”, czyli powszechne głosowanie członków partii rządzącej prawicy. Akurat hasło demokracji bezpośredniej często bywa na sztandarach lewicy, także populistycznej. Tymczasem brytyjscy konserwatyści w praktyce realizują je od dawna.