Rozmowa o cenie marzenia o wolności

Ryszard Czarnecki

„Bić się czy nie bić? ” – pytał w tytule swojej książki Tomasz Łubieński, zastanawiając się nad sensem narodowych powstań. Trawestując hamletowskie „być albo nie być”, które Anglik Szekspir umieścił w Danii, Polacy przez 200 lat stawiali sobie inne pytanie, które wyraził właśnie wspomniany Łubieński.

W odpowiedzi na niezdecydowanie radziłbym odrzucić skrajności. Tym, którzy mówią, że wszystkie polskie powstania nie miały sensu, że stanowiły tylko utratę substancji narodowej, zmniejszenie się stanu posiadania Polaków, cofanie się żywiołu polskiego, ripostowałbym natychmiast, że przecież wygraliśmy powstanie wielkopolskie, a także mniej znane sejneńskie, a rola wszystkich trzech powstań śląskich była kluczowa dla Polski przy weryfikacji niekorzystnych ustaleń plebiscytów na spornych ziemiach.

Polskie marzenia o wolności i jego cena

Powstanie listopadowe można było wygrać, tylko zawinili kolejni jego przywódcy, jak też niezdecydowanie podchorążych pod wodza Piotra Wysockiego, którzy mogli zabić wielkiego księcia Konstantego, ale tego nie uczynili. Ukochane przez Józefa Piłsudskiego powstanie styczniowe, które – jak na jego osobistym przykładzie widać – było inspiracją do walki o niepodległość przez kolejne półwiecze, jednocześnie przyniosło olbrzymie straty w postaci konfiskaty polskich majątków na olbrzymich przestrzeniach dawnych Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej, a także początek rozgrywania przez carską Rosję i zaborców z Wiednia kwestii rusińskiej (dziś byśmy nazwali „ukraińskiej”).

Powstanie Warszawskie to ostatnie z polskich narodowych powstań w klasycznym tego słowa rozumieniu. Oczywiście w jakimś sensie powstaniem narodowym był zryw w Poznaniu w 1956 r. czy podobne bunty w Trójmieście i Szczecinie w 1970 r. I tu, i tu dochodziło do walk, jednak w historiografii przyjęto, że te erupcje narodowego gniewu i wolnościowych marzeń nie uznaje się za powstania jako takie – tym mianem określając to, co stało się w Budapeszcie jesienią 1956 r. – co jest bezdyskusyjne – oraz w Berlinie wschodnim w 1953 r. – co niektórzy historycy określają jako „powstanie”, choć większość nie używa tej terminologii.

Powstanie to historia także mojej rodziny

Ten długi wstęp był konieczny, bo chciałem umiejscowić Powstanie Warszawskie w szerszym kontekście powstańczym w dziejach Polski. Do powstania mam bardzo osobisty stosunek, bo choć urodziłem się osiemnaście i pół roku po jego wybuchu, to przecież nie sposób, abym przekreślił historię mojej rodziny. Mój ojciec jako dziesięciolatek uciekł z warszawskiego mieszkania moich dziadków Czarneckich przy ul. Wareckiej 9 na szóstym piętrze (dziś jest tam ulica Kubusia Puchatka), aby „pomagać w powstaniu”. Jako świetnie znający zakamarki i przejścia Śródmieścia ten z własnego wyboru warszawski gawrosz, żeby odwołać się do postaci stworzonej przez Wiktora Hugo (Gavroche), nosił pod świstem kul listy powstańczej poczty. Przeżył.

Gdy potem całą rodzinę, jak wielu innych mieszkańców, wywożono z Warszawy, tuż po zaprzestaniu walk powstańczych – niesłusznie nazwanego kapitulacją, bo formalnie było to przecież, jak w Norymberdze zeznawał dowódca wojsk niemieckich tłumiących powstanie gen. Erich von dem Bach-Zelewski porozumienie o zaprzestaniu walk – uciekł po raz drugi, tym razem z niemieckiego transportu.
Punkt odniesienia formacji nowych pokoleń

Po wojnie warszawscy powstańcy siedzieli w więzieniach, walczyli w podziemiu niepodległościowym, byli mordowani i stali się dla komunistów zwierzyną łowną. Chciano zabić milczeniem ich patriotyzm i ideowy wymiar ich walki. Potem władze PRL zmieniły taktykę: uznano, że sami powstańcy byli „dobrzy”, ale za to władze powstańcze, podobnie jak rząd RP w Londynie, to reakcja i samo zło.

Gdy dorastałem, wśród polskiej inteligencji w latach 70. powstanie było ważnym, bo jeszcze świeżym punktem odniesienia. Żyło bardzo wielu warszawskich powstańców, wielu z nich było w sile wieku i ich opowieści całkowicie dezawuowały komunistyczną propagandę. Powstanie Warszawskie było dla nas wówczas – młodych i starszych – synonimem walki o niepodległość.

Wtedy i później, w stanie wojennym, alergicznie reagowano na jakiekolwiek próby dyskusji o racjonalności powstania, choćby w kontekście hekatomby ludności cywilnej, całkowicie nieporównywalnej z krótkimi powstaniami w Pradze i Paryżu, do których doszło w zupełnie innym kontekście geopolitycznym i militarnym. Ta alergia na fundamentalne pytania o sens zrywu stolicy w 1944 r. była reakcją na propagandę komuny, począwszy od plakatów „AK – zapluty karzeł reakcji” po przedstawianie Powstania Warszawskiego jako typowego przykładu bezsensownego narodowego samobójstwa w wykonaniu nieracjonalnych i emocjonalnych Polaków.

Reakcja taka była to w dużym stopniu zrozumiała. Choć z drugiej strony pamiętam, że potrafiliśmy na seminarium prof. Wojciecha Wrzesińskiego w Instytucie Historii Uniwersytetu Wrocławskiego prowadzić merytoryczne, pełne poważnej argumentacji, właśnie racjonalne dyskusje o sensie – albo też jego braku – Powstania Warszawskiego. To w niczym nie umniejszało podziwu dwudziestoparolatków z lat 80. dla ich starszych rodaków – powstańców, którzy 1 sierpnia mieli tyle samo lat (albo byli młodsi), co my w stanie wojennym.

Pamięć powinnością. Część i chwała Bohaterom!

„Powstanie chłopców pełne/Powstanie pełne snów/I tamte pieśni rzewne/I tamten pożar głów” – cytuję z pamięci wiersz uczestnika Powstania Warszawskiego, który potem został księdzem, a z czasem wielkim polskim poetą. Chodzi o ks. Jana Twardowskiego. Bo Powstanie Warszawskie to również poezja, literatura, film. Także literatura emigracyjna przemycana z podróży do Belgii i Włoch przez niżej podpisanego, ale także ta wydawana i kolportowana w podziemiu, również przy moim skromnym udziale.
Moja śp. Mama wspominała z czasów jeszcze II Rzeczypospolitej, gdy była małą dziewczynką, obecność na różnego rodzaju patriotycznych uroczystościach siwych staruszków, których witano z największym szacunkiem. To byli powstańcy styczniowi z powstania toczonego w latach 1863–1865. Historia lubi się powtarzać. Tym samym szacunkiem darzyliśmy i my powstańców warszawskich, coraz bardziej eksponowanych po solidarnościowej rewolucji lat 1980–1981.

Prezydent Warszawy, śp. prof. Lech Kaczyński, decydując się na budowę Muzeum Powstania Warszawskiego, uczynił rzecz znacznie wykraczającą poza kontekst historii stolicy. Warszawski zryw 1944 r. miał bowiem najpierw w znaczeniu militarno-strategicznym wymiar ogólnopolski, a po latach stał się zaczynem kontynuowania i współtworzenia nowej patriotycznej świadomości. Co powiedziawszy, wcale nie uważam, aby wciąż nie należało pytać o jego sens. Chodzi o to, aby uniknąć powtarzania za prof. Biadaczką – postacią stworzoną przez Witolda Gombrowicza w „Ferdydurke” – który kazał powtarzać uczniom „Słowacki wielkim poetą był”. Historia tylko wtedy jest żywa, jeśli można stawiać pytania, a nie deklamować „ku czci” – bo to najprostsza droga do zbanalizowania, strywializowania heroicznej epopei sprzed 78 laty.
Warto więc stawiać pytania o sens Powstania Warszawskiego. Także dlatego, że w niczym nie umniejszają one hołdu, jaki winniśmy naszym rodakom walczącym o wolność stolicy oraz Polski w sierpniowe i wrześniowe dni roku Pańskiego 1944.