1 VIII Powstanie Warszawskie. Cześć i chwała Bohaterom!

Godzina W

Tramwajem jadę na wojnę,

tramwajem z przedziałem: „Nur für Deutsche”,

z pierwszo-sierpniowym potem na skroni,

z zimnem lufy Visa w nogawce spodni,

siekiera, motyka, piłka, szklanka,

biało-czerwona opaska moja – opaska na ramię powstańca,

w kieszeni strach, orzełek i tytoń w bibule,

ja nie pękam, idę w śmierć ot tak – na krótką koszulę.

Żołnierze podziemia:

Oi! Batalion „Zośka” Oi!

Oi!

Batalion „Pięść” Oi!

Oi!

Batalion „Miotła” Oi 

„Czata 49”, „Parasol”!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Słowa tej piosenki z płyty „Powstanie Warszawskie” grupy Lao Che, wydanej w roku 2005, jak żaden ze współczesnych tekstów popkulturowych oddają to, kim byli ludzie, którzy 78 lat temu poszli do Powstania. Po raz kolejny oddajemy im cześć, ponieważ Powstanie jest fundamentem dzisiejszego polskiego patriotyzmu. Patriotyzmu, który jest obecnie tak niezbędny, by w obecnych warunkach geopolitycznych Polska w ogóle przetrwała jako niepodległe państwo.

Świadkowie tamtych dni przekazali, że Powstanie było nieuchronne, ponieważ 58 miesięcy straszliwej niemieckiej okupacji, terroru, pacyfikacji wsi, łapanek w miastach, publicznych egzekucji, prześladowań, śmierci najbardziej niewinnych, tortur i poniżenia domagało się odpłaty. Polacy nie zostali złamani przez Niemców i powszechnym pragnieniem pulsującym we krwi było wstanie z kolan o odwet. Młodzież Warszawy, która szła do Powstania „na krótką koszulę” w te lipcowo-sierpniowe dni chciała nie tylko zemsty na Niemcach. Chciała wziąć sprawy w swoje ręce, zmierzyć się z wrogiem z bronią w ręku, otwarcie odpowiedzieć ciosem na cios.

Można zaryzykować stwierdzenie, że to polski zawadiacki charakter narodowy zaprowadził Powstańców na barykady, powiódł ich do obrony Reduty PWPW, zdobycia Pasty, do bohaterskiego trwania na Starówce, w końcu do kanałów i na Czerniaków. Tak jak zaprowadził mojego wuja Zygfryda Marię Urbanyiego, porucznika „Juliusza”, dowódcę oddziału AK „Tygrysy Woli”, który zginął 9. sierpnia 1944 na barykadzie na Rymarskiej, ugodzony w głowę kulą niemieckiego snajpera. Pośmiertnie został odznaczony Virtuti Militari – było to pierwsze Virtuti w Powstaniu. Po jego śmierci jego pluton został nazwany Oddziałem Specjalnym „Juliusz” i walczył w składzie batalionu „Gustaw”. Zygfryd zginął w wieku 29 lat. Był intelektualistą, oficerem-muzykiem. Jego ojciec, a mój dziadek był kompozytorem, spolonizowanym Węgrem, który po 1918 roku pracował dla Polski – napisał m.in. Hymn Lotników Polskich, prowadził kursy mistrzowskie dla kapelmistrzów orkiestr Wojska Polskiego. Mieszkał w Bydgoszczy i tam umarł w 1935 roku. W pierwszych dniach września 1939 roku przyszło po niego Gestapo, był na liście proskrypcyjnej… Jego syn, Zygfryd Maria Urbanyi, późniejszy porucznik „Juliusz”, w wieku 15 lat poszedł do Korpusu Kadetów w Rawiczu, potem studiował w Szkole Nauk Politycznych w Warszawie. Od listopada 1939 był w konspiracji Służby Zwycięstwu Polski i Związku Walki Zbrojnej. Od 1943 roku był dowódcą oddziału osłonowego Komendy Głównej Narodowej Organizacji Wojskowej. Po scaleniu z AK był to pluton specjalny 1908. W pierwszych dniach Powstania pluton walczył w ramach Zgrupowania „Paweł” na Woli. Zgrupowanie to tworzyły harcerskie bataliony „Wigry” i „Antoni”. Na początku Powstania zadaniem Zgrupowania była obrona styku Śródmieścia i Żoliborza. 2 sierpnia oddziały otrzymały rozkaz przegrupowania się na Wolę, jednak w nocy z 2 na 3 sierpnia podczas postoju na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w pobliżu ulicy Młynarskiej odziały włączyły się do walki i podporządkowały walczącemu tam Zgrupowaniu „Radosław” i razem z nim przeszły na Stare Miasto – znamy wszyscy doskonale tę opowieść, bo w „Radosławie” były bataliony „Zośka” i „Parasol” – najbardziej znane oddziały powstańcze, rozsławione przez Aleksandra Kamińskiego. Porucznik „Juliusz” został zapamiętany przez swoich żołnierzy jako dowódca bez strachu, dbający o żołnierza, ale też z jakąś wrażliwością, która powodowała, że garnęli się do niego. Pewnego razu w rozbitej kamienicy niedaleko bronionego przez oddział miejsca na Starym Mieście zobaczyli fortepian. Juliusz usiadł do niego i w chwili ciszy pomiędzy jednym, a drugim niemieckim ostrzałem dał koncert mazurków Chopina.

Dźwięki Chopina w ruinach mordowanej Warszawy i ten Polak o węgierskich korzeniach dający wytchnienie żołnierzom swoją sztuką. Zginął. Ale czy na darmo? Na pewno nie. I jego śmierć, i śmierć tylu innych „diamentów rzuconych na szaniec” była ofiarą za naszą wolność, także tę dzisiejszą, niedoskonałą, kulawą, ale jednak wolność.

Wybuch Powstania stawał się nieuchronny, ponieważ pod koniec lipca 1944 na ulicach Warszawy widać było tłumy Niemców niemal bezładnie uciekających przed szybko zbliżającymi się do linii Wisły Rosjanami, którzy wszak byli „sojusznikiem naszych sojuszników” jak wtedy mówiono. Józef Mackiewicz – świadek tamtych dni przedpowstańczej gorączki – pisał bezpośrednio po Powstaniu, że było ono nieuniknione i uzasadnione zarówno z psychologicznego, jak i politycznego oraz wojskowego punktu widzenia. Psychologicznego – właśnie z powodu żądzy odwetu na wrogu. Z politycznego – ponieważ uważano, że jedyną szansą na ocalenie niepodległości to doprowadzenie do sytuacji, w której prawowite władze Polski będą witać Rosjan w wyzwolonej od Niemców stolicy kraju. Wojskowego – ponieważ Niemcy na łeb na szyję uciekali przed Armią Czerwoną i można były liczyć na to, że racjonalnie zdecydują się po prostu odejść i zostawić Warszawę Polakom w nadziei na komplikacje, jakie to sprawi Rosjanom. Ostatecznie wydawało się też niemożliwe, by Rosjanie nie pomogli Warszawiakom, których nota bene sami wzywali do walki przez swoje rozgłośnie radiowe (co również doskonale podchwyciło Lao Che: Do broni, bracia-Polaki, Polsko walcząca rodaki. Ruszaj na Germańca…), gdyby walki się przedłużały. Przecież byli „sojusznikami naszych sojuszników”… A warszawska młodzież rwała się do odwetu.

Wszystkie te rachuby zawiodły. Okazały się złudzeniem. Hitler w furii rzucił swoje siły na niepokorną Warszawę. Stalin spokojnie i zapewne ze znacznym zadowoleniem czekał, aż Niemcy zdławią opór walczącej stolicy. Niewątpliwie dla Rosji korzystne było pozbawienie życia tylu aktywnych i skłonnych do oporu Polaków. Tak oto dwaj śmiertelni wrogowie, trwający w ostatecznym zwarciu, zgodnie i jednomyślnie zdecydowali, że zniszczenie Polski i jej stolicy jest ich wspólnym, w tym momencie nadrzędnym celem.

Teraz wiemy, że oczekiwanie racjonalnych decyzji od Hitlera było uleganiem złudzeniu. A po tym, co działo się z AK-owcami po operacji Ostra Brama, kiedy to wspólnie z Rosjanami wyzwolili Wilno po to, by zostać następnie przez tychże Rosjan rozbrojeni, aresztowani, zastrzeleni lub zesłani na Syberię, liczenie na jakąkolwiek współpracę czy porozumienie z nimi było wielką naiwnością…

Co więc trzeba było zrobić? Siedzieć cicho, jak Czesi, przez całą wojnę? To było po prostu niemożliwe. No i gdyby wszystkie kraje Europy zachowały się jak Czechy i nikt nie stawiłby oporu Hitlerowi czym by to się skończyło? Władzą Niemiec nad całym kontynentem. Niemiec z ich doktryną własnej wyższości podporządkowujących sobie inne narody…

Jak napisał w 1947 roku poeta i przenikliwy publicysta Józef Łobodowski: Tłumaczenie narodowi polskiemu, że walka zbrojna o niepodległość jest szaleństwem, że wielkie kataklizmy dziejowe można przeczekać, chowając się pod łóżkiem, że wszystkie nasze powstania były dowodem politycznej głupoty, prowadzi do samobójstwa duchowego, do przeczenia tym wszystkim wartościom, którymi żyje i oddycha kultura polska. Trudno się nie zgodzić z tymi słowami i są one aktualne i dziś, o czym pamiętać muszą ci, którzy mówią, że Powstanie było obłędem. Powstanie ma wymiar – dosłowny – tragedii antycznej, gdy bohater nie ma dobrego wyjścia.

W tamtym momencie nie było żadnego dobrego rozwiązania ani dobrej decyzji. Zbyt wiele nie od Polaków zależało. Ale nie da się ukryć, że liczenie na lojalność i wdzięczność aliantów zawiodło… W ostatnich dniach lipca 1944 roku dowództwo Armii Krajowej nie miało już możliwości podjęcia dobrej decyzji. A ta podjęta na wieść o zbliżaniu się rosyjskich czołgów do mostów na warszawskiej Pradze brała w rachubę rosyjski marsz w pogoni za Niemcami i pozostawienie zdobytego przez Polaków miasta na tyłach nacierającej Armii Czerwonej. Jednak Rosjanie, na wieść o wybuchu Powstania zatrzymali ofensywę. Polskim żołnierzom z Dywizji Kościuszkowskiej (idącej z Sowietami), chcących iść na odsiecz Warszawie zagrożono śmiercią za dezercję….

Desperacja, odwaga, pragmatyzm, romantyzm, rozwaga, sprawność wojskowa, głębokie przeświadczenie, że Ojczyzna warta jest tego, by za nią oddać własne życie i zgoda na nieuchronność tej śmierci – wszystko to sprawiło, że Powstańcy walczyli zamiast kilku aż 63 dni, wbrew wszelkim planom i oczekiwaniom. Ten wysiłek zbrojny, wyrzeczenia i ofiara krwi całego miasta, zaciętość i wytrwanie w walce wynikały nie tylko z cech osobistych tamtego pokolenia wychowanego w Niepodległej Rzeczypospolitej, ale także z przekonania, że biją się „o wszystko”, że to szansa jedyna. Miłość Ojczyzny i honor to nie były puste słowa. Braterstwo broni w walce wzmacniało jeszcze determinację.

Skoro wtedy nie było dobrej decyzji, to jakie były skutki tamtej – o podjęciu nierównej walki? Wiemy: wielka klęska, zrujnowanie Warszawy, śmierć około 180 tysięcy ludności cywilnej i około 20 tysięcy Powstańców. A jednak dla wielu z tych, którzy przeżyli, były to najpiękniejsze dni – upajające poczucie tamtej wolności na przekór wszystkiemu pozostało z nimi do końca życia na emigracji albo w szarej peerelowskiej rzeczywiści.

A skutki dalekosiężnie? Łatwiejsze podporządkowaniu kraju Sowietom, ale też groźne dla nich – i dla wszystkich, którzy chcieliby zaatakować Polskę – memento, że Polacy są szaleni i wbrew wszelkim kalkulacjom będą walczyć zawsze i do końca. I że może jednak lepiej ich nie dociskać do ściany. Być może właśnie wielki mit Powstania uratował dwukrotnie Polskę w powojennej historii przed sowiecką interwencją: w 1956 i w 1980 roku.

W czasach pokoju i mniejszej lub większej sytości pamięć o tamtych Bohaterach wydaje się nieco anachroniczna. A jednak z roku na rok „Godzina W” w dniu 1 sierpnia przeżywana jest nie słabiej ale mocniej, i to nie tylko w Warszawie. Może instynktownie czujemy, że potrzebujemy Ich wzorca. Że zawdzięczamy Im, my, polscy patrioci, to jacy jesteśmy i jakie mamy wartości.

W tym roku wojna na Ukrainie brutalnie pokazała, że nie żyjemy w czasach „po wojnach”. I że to, co niedawno jeszcze niemal nie do wyobrażenia, jest jednak całkiem realne i do tego nieodległe. I że cień Rosji, który zaważył na losie Polski, znowu się zbliża.

Wszyscy chyba dobrze wiemy, co uczynili nam Niemcy. Przez całe dziesięciolecia po II wojnie światowej o zbrodniach niemieckich można było mówić swobodnie – i mówiono. O tym, co uczynili Rosjanie (w czasie wojny i potem) mówić nie było wolno. Z taką zdeformowaną pamięcią wyrosło całe pokolenie. Po 1989 roku zaczęło się przywracanie pamięci. Już nie tak żywej, bo i świadków dobrze ponad 40 lat po wojnie było znacząco mniej, przysłoniętej tym wszystkim, co wydarzyło się później oraz nowymi złudzeniami co do pomocy Zachodu. Przywołany wyżej Józef Łobodowski uważał, że Polacy przed II wojną światową doskonale wiedzieli, jakim zagrożeniem są Niemcy, natomiast lekceważyli zagrożenie ze strony Rosji. Że ten błąd był powszechny, wspólny i elitom, i zwyczajnym ludziom. A dzisiaj, w dobie rosyjskiej agresji na Ukrainę to lekceważenie zagrożenia ze strony Rosji w niektórych środowiskach polskiego społeczeństwa jest powszechne. Ponieważ myśl Łobodowskiego nie jest szeroko znana, a okazuje się być niezwykle trafna i aktualna, pozwolę sobie na dłuższy cytat z tekstu napisanego w roku 1947: … powstanie wybuchło, ponieważ łudzono się w dalszym ciągu co do rosyjskiej dobrej woli, ponieważ komunikaty radia moskiewskiego brano za uczciwą monetę, ponieważ p. Mikołajczyk otrzymał obietnice od Stalina, ponieważ sprytni Polacy ponownie dali się nabrać na azjatycką prowokację. Raz jeszcze: to nie tylko dowództwo popełniło błąd w kalkulacji; przez te długie 62 dni swojej agonii Warszawa płaciła potworny rachunek za kilkadziesiąt ostatnich lat naszej historii, podczas których naród polski z wolna zatracał rozeznanie niebezpieczeństwa grożącego mu od Wschodu.

Państwo moskiewskie urosło na podpatrzonym u Mongołów i następnie udoskonalonym systemie zdrady, szantażu i prowokacji. Powierzchowna europeizacja Rosji w ub. wieku [czyli XIX- MŚ] nieco osłabiła skuteczność tych metod; rewolucja bolszewicka przywróciła je w całym splendorze, dorzucając ważne poprawki i nie byle jakie doświadczenia. Naród, skazany przez historię na niewygodne sąsiedztwo z krzywoprzysięzcą i oszustem, może się utrzymać tylko w tym wypadku, jeśli nie straci umiejętności patrzenia mu na ręce. (…)

Ale tragedia Warszawy nie stała się grobem polskich złudzeń wobec Rosji. Że w Kraju istnieje pewne modus vivendi, że poprawiła się nieco sytuacja gospodarcza, że – choć kulawo – idzie odbudowa, że grają teatry, że wychodzą książki (…), wszystko to budzi w Polakach nowe nadzieje, osłabiając świadomość śmiertelnego nieszczęścia wiszącego nad narodem (…).

W r. 1944 zginęła Warszawa, gdyż ani społeczeństwo, ani jego kierownictwo nie zdawały sobie sprawy z istotnych zamierzeń rosyjskich. Oby brak dokładnego rozeznania przeciwnika nie utrudnił nam walki o rzecz najważniejszą: o zachowanie osobowości kulturalnej, bez której naród staje się jedynie liczbą, martwą gliną, uległą każdemu kształtowi narzucanemu przez najeźdźcę. Muszę powiedzieć, że patrząc na działania wielu dzisiejszych Polaków słowa te dalej są aktualne – brak rozeznania prawdziwych intencji rosyjskich, mimo, że są otwarcie komunikowane jest jakiegoś rodzaju zaślepieniem, którego nie rozumiem.

Wielu znużyła już wojna na Ukrainie, a jednak nie wolno poddać się temu znużeniu. Polska walczyła w osamotnieniu, Ukraina uzyskała wsparcie, i oby było ono jak najmocniejsze. Ukraińcy w tej walce dorastają do swojej niezależnej państwowości, dorastają też w swej dojrzałości narodowej. A jednocześnie z Rosji spadają układne maski państwa cywilizacji europejskiej. Tak jak w 1939 i później spod maski „kulturalnego Niemca” wychynęło barbarzyńskie oblicze zbrodniarza, tak teraz spod maski dyplomaty Putina wyziera bezwzględna bestia.

Mamy XXI wiek, broń precyzyjną i wiele humanitarnych zapisów dotyczących sposobów wojowania, jednak Rosjanie cofają czas: bombardują „pa wsiem”, a nawet specjalnie po obiektach cywilnych, jak w II wojnie światowej, używają zakazanej amunicji kasetowej i fosforowej… Wywożą i deportują setki tysięcy ludzi z zajętych terenów – dokładnie tak, jak zrobili choćby z 110 tysiącami ofiar akcji antypolskiej w 1937 roku i jak deportowali polską ludność z terenów zajętych po 17 września 1939 roku. Jak robili wcześniej i później, kiedy chcieli zasiedlić puste tereny Syberii. Teraz wiozą tak Ukraińców, o ile, oczywiście, przeszli oni „filtrację” i okazali się na tyle mało ukraińscy, że zasłużyli na życie.

Uwaga na marginesie: Niemcy nie oczekiwali od Polaków, że staną się Niemcami. Rosjanie chcą, by Ukraińcy wyrzekli się swej narodowości i swej państwowości stając się Rosjanami gorszego sortu. Przy tym są przekonani, że ich prawa, prawa „ruskiego mira” obowiązują powszechnie. Z czymś takim zetknął się Menachem Begin, co opisał we wspomnieniach pt. „Białe noce”. Jako działacz syjonistyczny został uwięziony przez Sowietów w Wilnie w 1940 roku, a potem skazany na łagry, z których wyszedł w 1941 roku do Armii Andersa. W trakcie przesłuchań zarzucano mu szereg przestępstw, których miał się dopuścić jeszcze przed wojną przeciwko sowieckiemu państwu. Na jego trzeźwą uwagę, że przecież żył i działał w Polsce i to polskie prawo go obowiązywało usłyszał, że sowieckie prawo obowiązuje na całym świecie i to wstecznie… I że we wszystkich krajach, które Rosjanie zajmą, będą karać za naruszanie tego prawa, także wstecznie. Dzisiaj Rosjanie wprowadzają „russkij mir” dokładnie w ten sposób.

Część Ukraińców pozostających na terenach okupowanych albo wywiezionych w głąb Rosji po filtracji Rosjanie wcielają przymusowo w szeregi własnej armii i wysyłają naprzeciw ukraińskim wojskom. To także stara tradycja – na początku I wojny światowej car nakazał ludności Podlasia ucieczkę w głąb Rosji, żeby Niemcy nie mogli „wybierać rekruta”. Teraz Rosjanie „wybierają rekruta” nie tylko w fikcyjnych państewkach donieckim i ługańskim, ale w tyle czasu bohatersko walczącym przeciw nim Mariupolu… Tych, których uznają za nieprzydatnych dla swoich celów, po prostu mordują, tak jak zamordowali polskich oficerów w Katyniu. Przecież obozy w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie nie były niczym innym jak obozami filtracyjnymi, w których enkawudyści kwalifikowali naszych oficerów – kto będzie przydatny, a kogo zlikwidować. Dziś dzieje się tak samo – rozstrzelanie, albo „zniknięcie”, jak stało się z ofiarami Obławy Augustowskiej.

Rosjanie dziś używają tych samych metod co wtedy lub niewiele je modyfikują – strzał w tył głowy, rozstrzelanie albo egzekucja poprzez zamknięcie zaminowanym baraku i wysadzenie w powietrze – jak zrobili z oddziałem kpt. NSZ Henryka Flame w 1947 roku. Teraz, 29 lipca, wysadzili w powietrze bądź zbombardowali barak z kilkudziesięcioma jeńcami wojennymi z pułku Azow w kolonii karnej w Oleniwce w obwodzie donieckim. I tak jak o Katyniu mówili, że mordu dokonali Niemcy, tak teraz o Oleniwce mówią, że zrobili to sami Ukraińcy… Kłamstwo jest naturalnym sposobem komunikacji Rosji. A my, nawet jeśli teoretycznie o tym wiemy, wciąż niedowierzamy…

I znowu ilustracja: Wiosną 1943 roku do Warszawy przyjechała Grażyna Lipińska, postać doprawdy niezwykła, zastępca szefa ekspozytury białoruskiej wywiadu dalekiego zasięgu AK, aby zdać raport z działalności. W trakcie odwiedzin u rodziców usłyszała lekko rzucone: Czego to ci Niemcy nie wymyślą! Twierdzą, jakoby znaleźli masowe groby naszych oficerów gdzieś w Katyniu i myślą, że w to uwierzymy… Grażyna Limińska zemdlała. Cucąc ją matka dopytywała: To przecież niemożliwe?! To co Polakom żyjącym z dala od Rosjan wydawało się niemożliwe, dla niej, która przeżyła obronę Grodna przed Sowietami w 1939 roku i późniejsze uwięzienie, było nie tylko możliwe, ale oczywiste. W Katyniu zginął zresztą jej brat… Grażyna Lipińska po wojnie przesiedziała na Syberii 14 lat.

Wolność ma wielką cenę. Za naszą wolność swoją krwią zapłaciły pokolenia naszych przodków, bez targowania zapłacili Powstańcy. To wielkie zobowiązanie dla nas wszystkich. Jednak nigdy nie można pomyśleć, że cena wolności została zapłacona już raz na zawsze. Dlatego każde pokolenie i każdy człowiek w taki czy inny sposób musi odpowiedzieć na pytanie, kim jest i kim chce być? Czy jest coś, czemu jest gotowy się poświęcić, o co jest gotowy walczyć, a może nawet i umrzeć? Co oznacza dla niego Ojczyzna? Jakiej ceny warta jest dla niego Jej istnienie, Jej wolność?

Polacy patrząc dziś na Ukrainę przeglądają się w lustrze historii. Obserwując reakcję Niemiec na rosyjską agresję przychodzi na myśl nieodparte wrażenie, że działania niemieckie są uzgodnione z Rosją. Sabotowanie dostaw broni na Ukrainę, przewlekanie dostaw, a gdy w końcu udało się dostarczyć Niemcom haubice na Ukrainę, to okazało się, że muszą być prawie natychmiast remontowane… To lustro historii pokazuje nam, że przecież już kiedyś w historii Europy przeżywaliśmy podobny kontredans współpracy niemiecko-rosyjskiej – po układzie w Rapallo w 1922 roku. Wtedy to rosyjscy bolszewicy dogadali się z Republiką Weimarską o współpracy gospodarczej i militarnej – i dzięki temu mogła urosnąć potęga zbrojeniowa Rosji Sowieckiej i odbudowana niemiecka armia po klęsce I Wojny Światowej. Wiemy jak się to skończyło. Zawsze gdy Niemcy i Rosja podają sobie ręce nad głową Polski kończy się to dla Polski tragicznie. Takie jest nasze doświadczenie historyczne, sięgające połowy XVIII wieku.

Jeśli Ukraina upadnie – Polska będzie następnym obiektem rosyjskiej agresji, o czym rosyjscy przywódcy i media mówią zupełnie otwarcie. Pamiętając o tym – czcijmy naszych bohaterów i zbrójmy się po zęby.

Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy!

Cześć i chwała Bohaterom!

Maciej Świrski

Cytaty z: Józef Łobodowski, Jeszcze o powstaniu warszawskim, w: „Wiadomości”, Londyn, 6 lipca 1947, nr 27 (66) R.2, dostęp: https://jozefmackiewicz.com/lobodowski-jozef-jeszcze-o-powstaniu-warszawskim/

Tekst piosenki pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,lao_che,godzina_w.html

Maciej Świrski

Założyciel Reduty Dobrego Imienia – Polskiej Ligi Przeciw Zniesławieniom (http://reduta-dobrego-imienia.pl), bloger Szczurbiurowy, w l. 2006-2009 wiceprezes Polskiej Agencji Prasowej.