Uciekł do Brukseli, żeby „odciąć się od tego syfu, zostać dużym misiem”, teraz musiał wrócić

Zbigniew Kuźmiuk

Jak dowiedzieliśmy się z taśm nagranych w restauracji „Sowa i Przyjaciele”, już późną jesienią 2013 roku (a więc na rok przed wyjazdem Tuska do Brukseli), jego najbliżsi współpracownicy, rzecznik rządu Paweł Graś i ówczesny prezes Orlenu Jacek Krawiec, tak rozmawiali o decyzji, którą miał podjąć ich zwierzchnik.

Graś mówił: „To jest Polska, nigdy nie wiesz jak ludzie to ocenią, czy powiedzą dobra, super, kurde, świetnie dla Polski, rewelacja, dobrze się stało, niech Pan dzielnie walczy o Polskę, czy powiedzą, zdradził, uciekł, poszedł po kasę”.

Krawiec z kolei zastanawiał się: „Ciężka decyzja, mówię, bardzo kusząca, bo jednak idziesz na zupełnie inną orbitę, odseparowujesz się od tego wszystkiego, od tego syfu, jesteś dużym misiem” i dodawał „tak naprawdę to pytanie o motywację”.

„Został dużym misiem”

Tusk porzucił funkcję premiera i mówiąc językiem jego politycznych przyjaciół „odseparował się od tego syfu i został dużym misiem”, pełnił przez 5 lat funkcję przewodniczącego Rady Europejskiej, później po II zakończonej kadencji „na otarcie łez”, otrzymał funkcję przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej, ale gdy z polityki odeszła na polityczną emeryturę jego promotorka Angela Merkel i jemu zaczął się usuwać spod nóg brukselski grunt.

Przerwano jego kadencję szefowania EPL-owi i jak wszystko na to wskazuje, wysłano do Polski, aby obalił rząd Zjednoczonej Prawicy i wprowadził nasz kraj do strefy euro, a przynajmniej do jej przedsionka czyli strefy ERM II, wiążącej już na stałe kurs waluty danego kraju z euro.

Mówił o tym w jednym z ostatnich wywiadów prezes NBP prof. Adam Glapiński, powołując się na kuluarowe rozmowy, toczone przez prezesów banków centralnych na odbywających się co dwa miesiące spotkaniach w Bazylei.

„Krew w piach”

Tusk przejął więc ponad rok temu władzę w Platformie, poprawił jej notowania odbierając wyborców ruchowi „Polska 2050” Szymona Hołowni, ale do tej pory nie udało mu się zjednać liderów innych partii opozycyjnych do idei „jednej listy” w nadchodzących wyborach parlamentarnych.

Zapowiedział wprawdzie odwiedzenie wszystkich powiatów w kampanii wyborczej ale wyraźnie widać, że nie ma zapału do ciężkiej politycznej pracy, co więcej coraz częściej zdarza się mu, że doganiają go „sukcesy” z 7-letniego premierowania, czyli konieczność tłumaczenia się przed niezadowolonymi wyborcami.

Widać, że takie spotkania autentycznie go wyprowadzają z równowagi, zaczynają się jego połajanki wobec takich ludzi, a to nawet w zaprzyjaźnionych mediach, nie wypada dobrze i cały wysiłek organizacyjny z przygotowywaniem takich spotkań, między innymi ze zwożeniem ludzi, na nic, po prostu „krew w piach”.

A tu kazali wrócić

W tej sytuacji jego szczera wypowiedź przed piątkowym wywiadem w TVN24, gdy sadząc, że jeszcze nie jest nagrywany, powiedział „demotywuje ta świadomość, że będę musiał kandydować”, nie powinna zaskakiwać.

Gdy jednak zdumiona dziennikarka dopytywała, czy dobrze go rozumie, stwierdził jeszcze bardziej dobitnie: „To jest tak upiorna myśl, że ja będę z powrotem siedział na tej Wiejskiej”, czyli w budynku Sejmu.

Nagranie na nieszczęście Tuska, ukazało się w internecie i rzeczywiście ujawnia wręcz jego pogardę do pracy dla Polski, co więcej jest dowodem na oszukiwanie wyborców, którym Tusk na każdym spotkaniu, tłumaczy jak to Platforma wygra wybory, „szybko utworzy rząd i zaprowadzi wreszcie w kraju porządek, po rządach Zjednoczonej Prawicy”.

Ba ta wypowiedź dobitnie świadczy o tym, że Tusk nie wierzy w wygraną Platformy, skoro mówi o „upiornej myśli o siedzeniu na Wiejskiej”, wszak lider zwycięskiej partii raczej siedzi w Alejach Ujazdowskich w Kancelarii Premiera, a na Wiejskiej bywa tylko podczas posiedzeń Sejmu.

Ale w przypadku ludzi pokroju Tuska, trudno się dziwić, „odciął się od tego syfu, był dużym misiem”, a tu kazali wrócić, po roku działania nie ma widoków na wygraną, trzeba będzie siedzieć w ławach opozycji w Sejmie, rzeczywiście może to być „upiorna myśl”.